czwartek, 23 grudnia 2010

Monsters

Wokół debiutanckiego filmu brytyjskiego dokumentalisty Garetha Edwardsa narosło sporo mitów. Jeden z nich - ten jakoby produkcja zamknęła się w kwocie 15 tysięcy dolarów  - powiela Łukasz Orbitowski w swoim felietonie z grudniowej Nowej Fantastyki. W istocie film kosztował kilkadziesiąt razy więcej, co sytuuje go w kategorii niskobudżetowych, acz na pewno nie amatorskich produkcji. Tak czy inaczej, to właśnie Orbit zachęcił mnie do obejrzenia Monsters, choć po lekturze recenzji cedroo chciałem już sobie tę przyjemność darować.

Akcja filmu toczy się sześć lat po katastrofie kosmicznej sondy z próbkami pozaziemskich form życia. Północna Ameryka zmieniła się radykalnie. Przypominający przerośnięte kalmary obcy radzą sobie w ziemskich warunkach na tyle dobrze, że połowa Meksyku zamienia się w zamkniętą strefę, a na granicy ze Stanami Zjednoczonymi wyrasta gigantyczny mur. Uporczywą walkę z niechcianymi gośćmi toczą amerykańskie bombowce -  przelatujące z hukiem bojowe maszyny to stały element krajobrazu po drugiej stronie muru. Podobnie jak ich wraki i obrócone w ruinę miasta.

W ten ponury świat wkraczamy wraz z Andrew i Samanthą. On jest amerykańskim fotografem, dokumentującym rozgrywającą się wokół tragedię, nie bez nadziei na godziwy zarobek. Ona jest córeczką medialnego magnata, przypadkową ofiarą jednego z ataków obcych stworów. Spotykają się nieprzypadkowo - tatuś panienki praktycznie zmusza pana fotografa do odeskortowania dziewczyny do kraju. Oboje nie są zachwyceni pomysłem, ale wspólna podróż będzie doskonałą okazją do przełamania początkowej niechęci.

Tak przynajmniej powinno być, gdyby Monsters okazał się filmem, który próbuje nam się sprzedać na reklamowych posterach i w zwiastunach, czyli kolejną produkcją z gatunku survival horror. Uwaga, zdradzam sekret i jednocześnie ostrzegam - to bezczelne oszustwo - w istocie mamy do czynienia z kinem obyczajowym, w którym elementy sf znalazły się chyba tylko przez przypadek, a horroru nie ma prawie wcale. Zbyt wiele akcji zatem nie doświadczymy, ale w warstwie obyczajowej trochę się dzieje. Nasi bohaterowie są głęboko nieszczęśliwi i znajdują się o krok od spieprzenia sobie życia na dobre. Andrew nie radzi sobie z miłością do syna, przed którym, z woli byłej partnerki, musi udawać wujka. Samantha nosi na palcu pierścionek zaręczynowy otrzymany od mężczyzny, z którym praktycznie nic jej nie łączy. Szybko uświadamiają sobie, że ich spotkanie niesie niespodziewaną szansę na wyrwanie się z beznadziei, nie znajdują jednak odwagi, aby uczynić niezbędny gest. On dręczony będzie poczuciem winy za bezmyślny czyn, w wyniku którego nie wejdą na pokład ostatniego promu i zmuszeni będą do odbycia niebezpiecznej wyprawy przez zakazaną strefę; jej trudno będzie wyjść z roli posłusznej córeczki.

Whitney Able i Scoot McNairy bardzo dobrze wypadają w rolach dwojga nieszczęśników, jak na zawodowych aktorów przystało. Większość ról drugoplanowych reżyser obsadził naturszczykami, którzy nie radzą sobie zupełnie, co, paradoksalnie, nadaje filmowi pozory autentyczności. Sprzyjają temu również wyjątkowo długie ujęcia i śladowa ilość dialogów. W rezultacie często możemy odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z dokumentem i zapewne nie jest to wrażenie przypadkowe. Mocną stroną filmu są zdjęcia w naturalnych plenerach  - śmiesznie małym nakładem środków Edwardsowi udaje się uzyskać efekt, który dużym wytwórniom pochłania miliony.

Mój główny zarzut do tego filmu to zupełnie niepotrzebne mieszanie do fabuły obcych. Jeżeli chodziło o banalny i prostacki przekaz na temat, kim tak naprawdę są tytułowe potwory, to szkoda było zachodu. Co więcej, sprzedawanie Monsters jako kina sf czy horroru to klasyczny strzał w stopę. Miłośnicy akcji i mocnych wrażeń wyjdą z seansu bardzo rozczarowani, a widzowie, którym film mógłby się podobać, nigdy na niego nie pójdą. Ja zachęcam, choć bez wielkiego entuzjazmu. 

Monsters, reż. Gareth Edwards, Vertigo Films 2010

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Nowa Fantastyka 12/2010

Miło mi donieść, że lekturę grudniowego numeru Nowej Fantastyki mogę z czystym sumieniem polecić. Zwłaszcza, że stało się to za sprawą bardzo przyzwoitej prozy, która znalazła się na jego łamach. Wiem, że wielu fanów czekało na zapowiadany tekst Jakuba Nowaka. Dominiczka mówi: spełnia te nadzieje, choć nie jest opowiadaniem pozbawionym wad. To bardzo sprawnie napisana historia z gatunku cyberpunka, osadzona w polskich realiach nieodległej przyszłości. Malutki minus stawiam temu tekstowi właśnie za te realia - dla mnie niezbyt wiarygodne. Ocenę obniżam też za bohaterów, do których jakoś nie zdołałem zapałać sympatią. Ale podobały mi się fabularne rozwiązania, pogmatwane relacje rodzinne głównych postaci i sam pomysł.

Celnik z Dover Krzysztofa Piskorskiego to z kolei steampunk, umiejscowiony w alternatywnej rzeczywistości imperialnej Anglii. Szkatułkowa opowieść o budzącym grozę pogromcy przemytników rozwija się interesująco mniej więcej do połowy, potem gubi rytm, aby doczłapać się do w miarę satysfakcjonującego końca.

Dział prozy zagranicznej wypełniają dwa opowiadania Orsona Scotta Carda z uniwersum Endera. W Więzieniu Mazera poznajemy samotnego, mknącego przez międzygwiezdną przestrzeń admirała Rackhama, borykającego się z widmami przeszłości i ciężarem nieuniknionej przyszłości. W zdalnym starciu zmęczonego weterana z młodym porucznikiem Graffem narodzą się podwaliny Szkoły Bojowej. W Oszuście spotkamy z kolei utalentowanego pięciolatka, który pozna smak dorosłości, próbując sprostać  wygórowanym ambicjom swego ojca. Może nie jest to proza najwyższych lotów, ale z pewnością trafi w gusta miłośników cyklu.

W odchudzonym dziale publicystyki znajdziemy wywiad z samym Cardem. Może to kwestia grzecznych pytań Joanny Kułakowskiej, ale nie spodziewajcie się po tej rozmowie rewelacji. Ciekawostką było dla mnie wyznanie Carda, że czyta więcej fantasy niż sf, gdyż na polu tej pierwszej dzieje się teraz więcej ciekawych rzeczy. Nie ma też nic odkrywczego w eseju Świat Endera, autorstwa Bartosza Szczyżańskiego, ale dla niewtajemniczonych będzie on w miarę dobrym przewodnikiem po świecie ludzi, formidów i prosiaczków.

Łukasz Orbitowski interpretuje tym razem Monsters Garetha Edwardsa i czyni to tak, że naprawdę chce się obejrzeć. Pewnie się skuszę.

Nowa Fantastyka 12/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

środa, 1 grudnia 2010

Rzycie po życiu

To już trochę odgrzewany kotlet, ale nie mogłem się powstrzymać przed podzieleniem się wrażeniami po obejrzeniu czwartej części Resident Evil. Jest jakaś magia w tych beznadziejnych hollywoodzkich ekranizacjach gier komputerowych, które, choć przynoszą wyłącznie rozczarowanie, to wciąż przyciągają przed ekran. Resident Evil: Afterlife nie jest mistrzem w swej specjalnej klasie, ale przynajmniej nie udaje czegoś, czym nie jest - twórcy filmu nawet nie usiłują markować, że należy w ich dziele doszukiwać się sensu.

Co więc dostajemy w zamian? Półtorej godziny efektów specjalnych, kopaniny, strzelaniny i rąbaniny. Okraszonych widokami zgrabnych kończyn Milli Jovovich. W zbożnym dziele dostarczania widzom wrażeń estetycznych towarzyszy jej Ali Larter, czyli Claire Redfield z RE: Extinction, mnie bardziej znana jako Niki/Jessica Sanders z Herosów. I o tym właśnie jest ten film - o zgrabnych panienkach w typowo męskich rolach, próbujących przetrwać w skrajnie nieprzyjaznym post-apokaliptycznym świecie.

Trochę skłamałem. Jakąś fabułę dostajemy - Milla Jovovich, czyli Alice, wraz z grupką ocaleńców, próbuje dotrzeć do Arkadii, ostatniej ostoi cywilizacji jaką znamy. Na drodze stoi tłum zmutowanych zombie i agenci złowrogiej korporacji Umbrella, o której nie dowiemy się wiele więcej ponad to, że jest złowroga właśnie. Wygląda na typowy survival horror, tyle że RE: Afterlife to nie horror, ale komedia. Chyba. Twórcy filmu od pierwszych scen próbują nas zabawić nawiązaniami do najwybitniejszych osiągnięć popkulturowej kinematografii i telewizyjnych seriali; od Matrixa po ekranizację Władcę Pierścieni. Możemy pośmiać się z niedwuznacznych aluzji do Alienów, CSI Miami, Skazanego na śmierć i wielu innych.

Uczciwość nie pozwala mi doszczętnie zjechać tego filmu, bo bawiłem się na nim całkiem nieźle. Z drugiej strony, sumienie nie pozwala mi go polecić. Nie warto, nawet dla Milli Jovovich, albo efektów 3D (Afterlife był kręcony w tej technologii, nie są one wynikiem późniejszej konwersji). No, chyba że ktoś chce się dowiedzieć, po co samotnej dziewczynie jednodolarówki - wtedy koniecznie powinien obejrzeć.

Resident Evil: Afterlife, reż. Paul W. S. Anderson, Constantin Film 2010

piątek, 19 listopada 2010

Miasto i miasto

Wydana w ubiegłym roku powieść Chiny Miéville’a nie rozpoczyna się jak film Hitchcocka. Porzucone zwłoki brutalnie zamordowanej młodej kobiety nie wydają się zapowiadać nadzwyczajnych zdarzeń w życiu inspektora Tyadora Borlú. Dopiero z czasem rutynowe śledztwo zaczyna przeradzać się w coś znacznie bardziej poważnego. Borlú, funkcjonariusz Brygady Najpoważniejszych Zbrodni z miasta Besźel, zdaje sobie sprawę, że zabrnąwszy zbyt daleko w poszukiwaniu prawdy, sam może stać się ofiarą potężnego spisku. Kiedy okazuje się, że sprawa ma międzynarodowy zasięg, musi udać się do Ul Qomy, aby kontynuować dochodzenie wraz z przedstawicielem lokalnej milicji.

Z powyższego opisu można by wywnioskować, że Miéville porzucił fantastykę, aby spróbować sił na gruncie klasycznego czarnego kryminału. Byłaby to najprawdziwsza prawda, gdyby nie jeden mały drobiazg. Otóż choć Besźel i Ul Qomę, niewielkie miasta-państwa leżące w nie do końca określonym regionie współczesnej Europy, dzieli niemal wszystko – język, kultura, architektura, ustrój, obyczaje, moda czy kuchnia – to mają jedną wspólną cechę. Zajmują ten sam obszar geograficzny. Dokładnie ten sam. Niektóre ulice, parki, domy stanowią część wspólną; inne funkcjonują wyłącznie na terytorium jednego z państw. Co więcej, ich mieszkańcy, choć żyją obok siebie, uczą się ignorować to wszystko, co nie znajduje się w ich kraju. Dotyczy to nie tylko ludzi, ale też zabudowań, pojazdów, a nawet dźwięków i zapachów. Ugruntowane przez stulecia tabu jest tak silne, że obywatele Besźel i Ul Qomy naprawdę nie dostrzegają tego drugiego świata w stopniu większym niż wymagany do bezkolizyjnego poruszania się. Oczywiście zdarzają się nieświadome lub świadome naruszenia, zwane tu Przekroczeniem, na przykład wypadki komunikacyjne, ale nad wszystkim czuwa tajemnicza, budząca grozę organizacja zwana Przekroczeniówką, która skutecznie interweniuje, przywracając w miastach porządek, a winnych surowo karząc.

Na pierwszy rzut oka pomysł wydaje się karkołomny, ale autor przyłożył się do swojej pracy, inteligentnie i niezwykle konsekwentnie konstruując przedstawiony świat. W każdym razie ja nie znalazłem w nim niespójności. Być może było mi go łatwiej zaakceptować, bo wciąż pamiętam system, w którym ludzie udawali, że płacą tym, którzy udawali, że pracują, którzy z kolei udawali, że mogą za zarobione w ten sposób pseudopieniądze kupić coś w sklepach, w których sprzedawcy udawali, że coś sprzedają. I do dziś można spotkać się z opiniami, że to działało.

Opisując wrażenia z lektury The City & The City nie ucieknę od porównań z Dworcem Perdido. Książki te łączy nadspodziewanie wiele, choć dotyczy to raczej warstwy warsztatowej, a także przenikających do treści politycznych zainteresowań autora. W obu powieściach fabuła jest raczej pretekstem dla przedstawienia oryginalnego pomysłu na świat, choć w Mieście i Mieście sensacyjna intryga wciągnęła mnie znacznie bardziej i utrzymała w napięciu aż do satysfakcjonującego finału. Podobnie jak w Dworcu Perdido,  bohaterowie pozostają na drugim planie. Dotyczy to nawet Borlú, który nie wyrasta ponad rolę kolejnego wcielenia nieśmiertelnego chandlerowskiego detektywa. Widać jednak wyraźnie, że przez te kilka lat Miéville dojrzał jako pisarz – nowsza powieść pisana jest z większą konsekwencją, brak w niej niepotrzebnych wątków czy przesadnie drobiazgowych opisów. Wątki polityczne, choć wciąż silnie obecne, są bardziej stonowane – autor nie zajmuje jednoznacznego stanowiska, nie prowadzi propagandy.

Mogę sobie wyobrazić, ile pracy włożył Miéville w to, aby nadać bliźniaczym miastom wiarygodności. Pomijam już wymyśloną od podstaw kulturę, czy język - Besźel i Ul Qoma, przy całej swej niesamowitości, umiejscowione zostały we współczesnych realiach. Oba państwa funkcjonują w naszym świecie i choć turyści muszą przejść specjalny kurs i zdać egzamin, aby otrzymać wizę, to ich mieszkańcy mogą przerzucać się cytatami z popularnych holywoodzkich superprodukcji, buszować po Internecie, albo zaczytywać się w Harrym Potterze.

Wiele wybitnych fantastycznych książek opartych jest na jednym pomyśle. Czasem ten pomysł jest tak świetny, że wybaczamy autorowi inne niedociągnięcia. Miéville stworzył dzieło oryginalne i zarazem bardzo dobre literacko. Jak dla mnie jest to książka roku, choć brakuje jej trochę do Związku Żydowskich Policjantów, którym zachwyciłem się w roku ubiegłym.

China Miéville, The City & The City, Wyd. Pan Macmillan, 2010; China Miéville, Miasto i Miasto, tł. Michał Jakuszewski, Wyd. Zysk i S-ka, 2010

poniedziałek, 8 listopada 2010

Nowa Fantastyka 11/2010

Tematem przewodnim listopadowego numeru Nowej Fantastyki jest literatura sf znad Sekwany. Jej omówienie znajdziemy w przeglądowym artykule Meddy Linger (Vive le Fantastique!), z którego dowiemy się, że Francuzi roszczą sobie prawo do pierwszeństwa w gatunku (Cyrano de Bergerac i jego Historia komiczna państw i imperiów Księżyca). Francuzi mają swoje osiągnięcia na polu literatury fantastycznej, ale jeżeli zaprezentowana w bieżącym numerze próbka ich współczesnej twórczości jest reprezentatywna dla całości, to należy ze smutkiem stwierdzić, że było to dawno i nieprawda.

Haska i Stachowicz piszą o ekranizacjach prozy Juliusza Verne'a. Czynią to, jak zwykle, zajmująco i z szacunkiem dla faktów. Dział publicystyki kończy artykuł Pawła Deptucha o Żywych trupach. Artykuł zapowiada premierę serialu, powstałego w oparciu o tę popularną komiksową serię Roberta Kirkmana. Warto jeszcze odnotować powrót na łamy pisma Galaktycznego gońca.

Reszta numeru należy do Łukasza Orbitowskiego. Orbit nie zawiódł w swoim felietonie, w którym z pasją pisze o japońskich horrorach i nie tylko, ale przede wszystkim ozdobił listopadowe wydanie prawdziwą perłą, jaką jest Noc Sobowtórów. Opowieść o tajemniczej kamienicy, skrywającej się w warszawskim Parku Skaryszewskim i jej jeszcze bardziej tajemniczych mieszkańcach, jest chyba najlepszym polskim opowiadaniem, jakie zdarzyło mi się czytać w tym roku. Rzecz utrzymana jest w konwencji horroru, a traktuje o sprawach naprawdę ważnych, takich jak poszukiwanie szczęścia i sensu życia. Czyta się świetnie, od pierwszego do ostatniego akapitu; opowieść nie gubi rytmu mimo niestandardowego stylu, budującego nastrój dziwności i grozy. Fajnie i prawdziwie opisane są relacje rodzinne głównego bohatera. Cóż więcej dodawać - gorąco polecam!

Nie wspominałem o Funkym Kovalu, ale to dlatego, że drugi odcinek nie wnosi do fabuły nic nowego. Z działu recenzji wyłowiłem interesujący tekst o Mieście i Mieście Mieville'a, którą to powieść sam zacząłem właśnie czytać, oraz bardzo krytyczny artykuł o przeróbce Przedwiośnia, której dopuścił się Kamil Śmiałkowski.

Nowa Fantastyka 11/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

sobota, 30 października 2010

Palimpsest

Palimpsest to rękopis spisany na papierze, z którego usunięto poprzedni tekst. Palimpsest to tytuł znakomitej powieści amerykańskiej poetki i pisarki Catherynne M. Valente, wydanej przez MAG w cyklu Uczta wyobraźni. Palimpsest to magiczne miasto, które jest bohaterem tej powieści. Miasto równie prawdziwe jak każde istniejące w naszym świecie, choć odwiedzić je można tylko we śnie, wyłącznie od zmierzchu do świtu.

Ale nie jest to dane każdemu. Aby dotrzeć do Palimpsestu, należy posiąść odpowiednią mapę. Aby zaś tego dokonać, należy uprawiać seks z osobą, noszącą na skórze wytatuowany fragment miasta. Znamię Palimpsestu rozprzestrzenia się jak wirus przenoszony drogą płciową, wiec jeżeli ktoś trafi tam choćby raz, pozostanie naznaczony na całe życie.

Palimpsest to magiczne miejsce, ale nie znajdziemy tam magii, która manifestuje się w huku błyskawic - działa ona subtelniej, ukrywa się w zestawie dziwnych reguł, które tam panują. Jedną z nich jest zasada, że przybysze z naszego świata zjawiają się najpierw w gabinecie wróżki, która spaja ich niewidzialną choć niezwykle silną więzią, zawsze czwórkami. Powieść Valente opowiada losy członków jednej z takich czwórek - pszczelarki November, pracownicy japońskich kolei Sei, młodego ślusarza Olega i włoskiego introligatora Lodovica. Wszyscy czworo są nieszczęśliwi, zagubieni i przeżywają utratę bliskich - co zresztą każe przypuszczać, że Palimpsest jednak nie wybiera swoich gości przypadkowo. I nie może być inaczej, gdyż miasto w niczym nie przypomina typowej wymarzonej krainy - jest dziwne, mroczne, bardzo niebezpieczne, a obcy na każdym kroku doznają w nim upokorzeń. A jednak wracają, szukają nowych dróg, ryzykując seks z każdym dotkniętym niezmywalnym piętnem ulic Palimpsestu. Gotowi są zapłacić niemal każdą cenę, żeby zamieszkać w nim na stałe.

Nie dajcie się zwieść pokusie zbyt łatwej interpretacji książki Valente. Można pomyśleć, że Palimpsest jest dla czwórki bohaterów wybawieniem - przyjmie ich, wymaże ich nieszczęsną egzystencję i pozwoli nakreślić ją na nowo. Moim zdaniem jest dokładnie na odwrót - miasto, okaleczone niedawną wojną, chwieje się na granicy społecznej katastrofy. Jest jak kocioł pod parą, pozbawiony wentylu bezpieczeństwa. Aby przetrwać, potrzebuje świeżej krwi - imigrantów, który wymażą powojenne blizny i uleczą jego zranioną duszę. Aby tego dokonać, November, Sei, Oleg i Lodovico będą najpierw musieli odnaleźć się i połączyć w naszym świecie. I zapłacić bolesną cenę.

Warto wspomnieć o stylu, jakiego użyła Valente do napisania Palimpsestu Jest to język naładowany epitetami, niezwykle bogaty i barwny. Chyba jedyny, który byłby w stanie oddać rozmach i oryginalność wykreowanego przez nią świata. Taki styl zbliża się do granicy, za którą czai się patos, ale Valente, autorka wielu tomów poezji, świetnie panuje nad słowami. Świadoma swego talentu, nie boi się ryzyka, a takim jest niewątpliwie nagromadzenie scen seksu, od pełnych namiętności uniesień, po mechaniczne, rytualne akty, całkowicie podporządkowane celowi, jakim jest kupno biletu do miasta z krainy snów. Chylę przed tym talentem czoła i kłaniam się nisko, przekazując też wyrazy uznania polskiemu tłumaczowi, który to wszystko udźwignął.

Catherynne M. Valente, Palimpsest, tł. Wojciech Szypuła, Wyd. MAG, 2010

piątek, 8 października 2010

Nowa Fantastyka 09,10/2010

Dwa najnowsze numery Nowej Fantastyki przeczytałem jeden po drugim. Poszło gładko, choć zawartość, tradycyjnie już, nieco rozczarowuje. Być może powinienem zweryfikować swoje oczekiwania, bo na podstawie moich omówień ktoś może pomyśleć, że toczę jakąś wojnę z redakcją, a przecież jest wręcz przeciwnie - nie przestanę kibicować memu ulubionemu pismu do ostatniego numeru. Albo do końca świata.

Do rzeczy. Wrześniowy egzemplarz przesiąknięty jest tematyką wojenną. I diabelską. Analogie między tymi dwiema widać chociażby w przeglądzie komiksowych piekielników pióra Przemysława Pieniążka (Piekło jest we mnie) oraz, bardziej dosłownie, w eseju Piekielne wojny Michała Wiśniewskiego, udowadniającego ścisłe związki konfliktów zbrojnych z fantastyką. Tradycyjnie już, ozdobą działu publicystyki jest artykuł duetu Haska/Stachowicz, tym razem biorących na warsztat mało u nas znane dokonania pisarzy, inspirowanych wojennymi wydarzeniami końca XIX i pierwszej połowy XX wieku. Szczególnie interesujące wydają się tu katastroficzne wizje Wielkiej Brytanii, podbijanej przez Niemców, Francuzów lub kosmitów.

Z prezentowanej we wrześniowym numerze prozy warto zwrócić uwagę na Wojnę piekieł Grzegorza Sendy. Autor dorobił się własnego, bardzo interesującego stylu, będącego świetnym nośnikiem dla nagromadzonych w jego tekstach emocji. Nie wszystkim jednak zamieszczona opowieść przypadnie do gustu. W mojej opinii szkodzi jej nadmiar wątków - postapokaliptyczna wojna, ocierające się o magię technologie, totalitaryzm, polski nacjonalizm, kochankowie, szpiedzy, spiskowcy, podróże w czasie, a nawet kontakt z pozaziemską inteligencją - zdecydowanie tego za wiele. Nie wykluczam, że tekst okazał się dla mnie za trudny i nie odczytawszy większości znaczeń, nie zrozumiałem po prostu, o co w tym wszystkim chodzi. Z zagranicznych autorów lepiej spisał się Edward M. Lerner w opowiadaniu Obcy w raju. Rzecz toczy się w odległej przyszłości, kiedy przedstawiciele ludzkiej cywilizacji próbują reintegrować podupadłe kolonie, zakładane na wielu światach przez swych odległych przodków. To pozbawione stylistycznych i koncepcyjnych fajerwerków, kameralne opowiadanie w starym, dobrym stylu złotych lat science fiction.

Październikowy numer zdominowany został zapowiadanym od dłuższego czasu powrotem Funky'ego Kovala. Powrót to, w mojej opinii, mało udany. Rozczarowują przede wszystkim ubogie w szczegóły kadry, czasem trudne do rozpoznania postacie głównych bohaterów (Brenda!) i nachalnie sprzedawane polskie wątki. To ledwie cztery początkowe strony, więc jeszcze nie tracę nadziei...

Publicystyka w tym numerze właściwie nie istnieje, poza tekstem Pawła Deptucha o komiksowych horrorach. Horror zamknięty w kadrach to bardziej analiza potencjalnych możliwości obrazkowego medium w straszeniu odbiorców niż prosty przegląd najlepszych dokonań gatunku.

Z opowiadań najbardziej przypadł mi do gustu Powrót kmiecia Anny Brzezińskiej. Nie jest to proza wybitna, ani odkrywcza, ale na pewno bardzo sympatyczny i relaksujący powrót do świata wioskowej wiedźmy, Babuni Jagódki. Godna polecenia jest Pajęcza matnia Kealana Patricka Burke'a, amerykańskiego autora horrorów; problem jedynie w tym, że opowieść o samotnym i nieszczęścliwym pensjonariuszu domu starców nie jest fantastyką. Nie poczują się też rozczarowani czytelnicy Słabego Paula L. Mathewsa. To z kolei pełna okrucieństw i przemocy miłosna opowieść rozgrywająca się w pełnej magii, alternatywnej bądź postapokaliptycznej rzeczywistości.

W dziale recenzji znalazłem interesujące omówienie Portretu Doriana Graya w reżyserii Olivera Parkera. Jerzy Rzymowski sugeruje w nim, że z filmu, a także z różnic między obrazem a ksiażkowym pierwowzorem, więcej dowiemy się o naszej współczesności niż o przekraczaniu moralnych granic. Poza tym, pan Jerzy zachęcił mnie również do zapoznania się z Palimpsestem - powieścią Catherynne M. Valente, wydaną przez MAG w serii Uczta wyobraźni - a Łukasz Orbitowski zniechęcił do oglądania horroru Burning Bright Carlosa Brooksa. Ale przecież nie dla polecanek czytamy z zapartym tchem teksty Łukasza...

Nowa Fantastyka 09/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010; Nowa Fantastyka 10/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

środa, 22 września 2010

Maszyna różnicowa

Co by było, gdyby angielskiemu matematykowi, Charlesowi Babbage'owi, udało sie dokończyć budowę maszyny różnicowej? Gdyby następnie rozwinął i urzeczywistnił swój projekt maszyny analitycznej? Jak zmieniłby się świat, gdyby w połowie XIX wieku wiktoriańska Anglia wkroczyła w erę informatyzacji? Odpowiedzi na te pytania próbują udzielić William Gibson i Bruce Sterling w swojej słynnej Maszynie różnicowej - powieści, która zrodziła steampunk, a przynajmniej przyniosła temu nurtowi niezwykłą popularność.

Przyznam się ze wstydem, że zakończona właśnie lektura była moim pierwszym kontaktem z tą książką. Zawdzięczam go naszemu nieudanemu steampunkowemu wyzwaniu, i ten fakt jest dla mnie ostatecznym dowodem na to, że warto było je podjąć. Żałuję, że nie zaczęliśmy od tej właśnie lektury, bo już w połowie powieści nabrałem przekonania, że mam do czynienia z dziełem niezwykłym. I dobrze się stało, że wydawnictwo MAG zdecydowało się na jego wznowienie.

Akcja Maszyny różnicowej toczy się w 1855 roku. Anglia, rządzona przez Radykalną Partię Przemysłową, z wciąż żyjącym Lordem Byronem na czele, kształtuje oblicze świata, korzystając z potęgi, jaką daje jej wykorzystanie napędzanych parą maszyn. Naukowcy i przemysłowcy kontrolują politykę, masowo zapełniając ławy Izby Lordów, skutecznie spychając dziedziczną arystokrację na dalszy plan. Technologia zmienia społeczeństwo, znaczenia nabierają związki zawodowe, nowego porządku strzeże policja i tajne służby, gromadzące informacje o obywatelach w przepastnych bazach danych. Spójny, konsekwentnie zbudowany świat powieści odmalowany jest najdrobniejszych szczegółach - poznajemy go stopniowo, wędrując wraz z narratorem za trójką bohaterów - Sybil Gerard, luksusową prostytutką, córką przywódcy antyprzemysłowej opozycji; Edwardem Mallorym, odkrywcą, paleontologiem i Laurentem Oliphantem, dyplomatą i szpiegiem. Poznajemy Londyn, pełen napędzanych parą powozów, geografię jego ulic i przekrój społeczny, a przy okazji spotykamy historyczne postacie, którym autorzy nakreślili alternatywne życiorysy, dopasowane do wykreowanej przez nich rzeczywistości.

Już sam pomysł na opisanie takiej właśnie alternatywnej historii gwarantowałby Gibsonowi i Sterlingowi sukces. Maszyna różnicowa to jednak znacznie więcej. Na podstawowym poziomie jest to klasyczna powieść sensacyjna - akcja toczy się wokół talii perforowanych kart, przechowujących nieznaną bohaterom wiedzę. Wiedzę, dla której warto zabić. Szybko się jednak orientujemy, że karty owe pełnią rolę klasycznego MacGuffina, będąc pretekstem do zorganizowania czytelnikowi wycieczki po powieściowym świecie. Z racji wykreowanej scenografii jest to wycieczka niezwykle fascynująca, ale pozostałaby jedynie wycieczką, gdyby autorom zabrakło literackiego kunsztu. Tymczasem wiele fragmentów, na przykład wędrówka Mallory'ego przez pogrążony w smogu i społecznym kryzysie Londyn to literatura wręcz genialna, mocno wzgryzająca się w mózg. Tego się zupełnie nie spodziewałem.

Równie dużo pracy co w konstrukcję świata, Gibson i Sterling włożyli w konstrukcję swoich bohaterów. I opłaciło się. Kibicowanie Edwardowi Mallory'emu, najbardziej wyrazistemu z nich, w rozsupływaniu skomplikowanej, wyraźnie go przerastającej intrygi dostarcza wiele frajdy. Nasz paleontolog przemierza świat krokiem zdobywcy, brawurą i bufonadą nadrabiając braki w inteligencji, nie zauważając nawet połowy popełnianych po drodze gaf. To człowiek swojej niezwykłej epoki, powstałej z mieszanki stechnologizowanego społeczeństwa z wiktoriańską moralnością i jej konwenansami - z jednej strony pragmatyk, z entuzjazmem przyjmujący wszystkie techniczne nowinki, z drugiej idealista, borykający się z wyrzutami sumienia z powodu konieczności łamania zasad, które do tej epoki już nie przystają.

Na koniec podzielę się niesamowitym odkryciem. Już wiem, co jest nie tak ze steampunkiem. Dzięki Gibsonowi i Sterlingowi, którzy stworzyli literaturę, w której pojawiły się rekwizyty w postaci parowych maszyn. Konstruowanie powieści w odwrotnej kolejności nie jest po prostu dobrym pomysłem...

William Gibson, Bruce Sterling, The Difference Engine, Bantam Spectra Book, 1992; William Gibson, Bruce Sterling , Maszyna różnicowa, tł. Piotr W. Cholewa, Wyd. MAG, 2010

niedziela, 12 września 2010

Ładunek

Dwudziesty trzeci wiek. Ludzkość, po niefrasobliwym potraktowaniu Matki Ziemi, zmuszona jest szukać schronienia w ogromnych, przeludnionych stacjach kosmicznych. Nadzieję na lepszą przyszłość daje odkrycie nowej, zdatnej do zamieszkania planety. Rheę od Raju odróżnia jedynie to, że każdy może kupić sobie bilet wstępu. Jeżeli posiada odpowiednią ilosć gotówki, oczywiście. Młoda pani doktor, Laura Portman, nie marzy o niczym innym, więc dołącza do załogi statku, który ma dostarczyć zaopatrzenie na jakąś odległą stację. Podróż ma potrwać całe cztery lata, z czego większość przyjdzie Laurze spędzić w hibernacji, ale po powrocie stać ją już będzie na przepustkę na Rheę, gdzie czeka ukochana siostra.

Śpieszę donieść, że nie jest to zarys pomysłu na moje nowe opowiadanie, ale początek fabuły szwajcarskiego filmu z ubiegłego roku w reżyserii Ivana Englera i Ralpha Ettera. Ja bym czegoś takiego raczej nie wypuścił, a to dlatego, że nawet słabo obyty z fantastyką czytelnik błyskawicznie zorientowałby się, że robię go w konia, bo to wszystko już przecież było. Podobnie jest z widzem filmu Cargo - kiedy pani doktor, w środku swojej samotnej wachty, orientuje się, że na statku dzieją się dziwne rzeczy, wiadomo już, jak to się wszystko skończy. Odkrycie natury ładunku, który transportuje "Kassandra" też nie przynosi zaskoczenia. Przez resztę filmu pozostaje nam jedynie powstrzymywanie ziewania podczas obserwacji desperackich prób dotarcia bohaterki do przerażającej prawdy.

Niestety, wtórność to nie jedyna słabość tego filmu (naprawdę można odnieść wrażenie, że przeleżał na półce ze trzy dekady). Kolejną jest to, że aktorzy nie radzą sobie z rolami, co zresztą nie jest do końca ich winą. Wprawdzie scenarzyści postarali się o gamę charakterystycznych osobników/osobniczek, jednak każą im zachowywać się cokolwiek nielogicznie, jeżeli wręcz nie dziwacznie. Trudno uwierzyć w nagłe miłosne zaangażowanie Laury, jeszcze trudniej w motywacje pozostałych członków załogi "Kassandry".

Parę rzeczy mi się podobało. Przede wszystkim zdjęcia i scenografia. Statek trzeszczy i jęczy, zewsząd kapie woda, nawala oświetlenie, są śmieci i brud. To też już nie raz widzieliśmy, choćby w Obcym, ale Szwajcarzy się przyłożyli. Wrażenie robią ujęcia ogromnej ładowni i wrót do niej (widać je na załączonym posterze). Na porządne efekty spacerów w Kosmosie zabrakło już jednak kasy.

Na razie nic nie wskazuje na to, że Cargo znajdzie polskiego dystrybutora. Cóż, PKB nie wzrośnie, za to fani sf zaoszczędzą trochę kasy.

Cargo, reż. Ivan Engler, Ralph Etter, Atlantis Pictures 2009

poniedziałek, 6 września 2010

Po ciemnej stronie

Po upływie ponad roku od daty światowej premiery na ekrany polskich kin trafił Moon w reżyserii Duncana Jonesa. Może to i lepiej, że trwało to tak długo - w międzyczasie obraz zgarnął kilka prestiżowych festiwalowych nagród, więc jest szansa, że znajdzie u nas większe grono odbiorców. Z pewnością na to zasługuje.

Sam Bell odlicza dni, które dzielą go od zakończenia zawodowego kontraktu. Zamknięty samotnie w księżycowej bazie, od blisko trzech lat zajmuje się nadzorowaniem maszyn, wydobywających hel-3 - paliwo do reaktorów fuzyjnych, które zrewolucjonizowały ziemską energetykę. Jego jedynym towarzyszem jest zrobotyzowany komputer, sztuczna inteligencja o imieniu GERTY. Na Ziemi czeka na niego ukochana żona i córeczka. Z rzadka odbierane komunikaty z domu pozwalają mu przezwyciężać depresję, która nasila się od czasu awarii satelity, umożliwiającego bezpośrednie połączenie z macierzystą planetą. Dwa tygodnie przed upragnionym powrotem stan psychiczny Sama pogarsza się, co w końcu doprowadza do wypadku. Wkrótce potem budzi się w ambulatorium i przekonuje się, że to dopiero początek jego kłopotów - przypadkowe odkrycie sprawi, że będzie musiał zakwestionować i zrewidować wszystko, co wie o świecie i własnej egzystencji.

Nawet ten krótki opis pozwala się zorientować, że Moon to bliski krewny Solaris Stanisława Lema. Równie blisko mu do Odysei Kosmicznej Kubricka, a także prozy Philipa K. Dicka. Reżyser wcale nie wstydzi się tych inspiracji - zadbał o to, aby były one bardzo czytelne. Co ciekawe, Duncan Jones, prywatnie syn Davida Bowie, zrealizował swój debiutancki film za 5 milionów dolarów. W porównaniu do budżetów hollywoodzkich produkcji to tyle, co nic, a jednak w ogóle tego nie widać. Podejrzewam, że Kevin Spacey, użyczający głosu GERTY'emu nie wziął za to ani grosza, bo inaczej nie starczyłoby na scenografię, a tej nie sposób niczego zarzucić. Na pewno oszczędzono na efektach specjalnych, ale kto powiedział, że porządne kino science-fiction nie może się bez nich obejść?

Nie chciałbym potencalnym widzom psuć zabawy, więc napiszę, czym Moon nie jest. Nie jest thrillerem budowanym na łatwym do odtworzenia klaustrofobicznym klimacie pozaziemskiej bazy i jej sterylnych korytarzy. Nie jest filmem akcji, w którym Sam Bell odpiera inwazję Obcych lub ratuje świat przed innym katastrofalnym zagrożeniem. Nie jest filmem, żegnającym widza nierozwiązaną zagadką. Jonesowi udało się stworzyć obraz przejmujący, stawiający pytania z gatunku tych najistotniejszych. Wielka w tym zasługa Sama Rockwella, który udźwignął niełatwą rolę; niełatwą nie tylko dlatego, że nawet na moment nie schodzi z ekranu. Pomaga mu dyskretna muzyka, autorstwa Clinta Mansella - łagodne dźwięki fortepianu dobrze współgrają z potężną dawką emocji, jaką serwuje nam się z ekranu.

Doprawdy, chciałbym coś skrytykować w tym filmie, ale nie bardzo wiem, co. Idźcie do kina i sami sobie poszukajcie.

Moon, reż. Duncan Jones, Liberty Films UK 2009

piątek, 3 września 2010

Nowa Fantastyka 08/2010

Za mną lektura kolejnego egzemplarza mego ulubionego (wciąż) magazynu. Nie wiem, czy z sentymentu, czy też z obawy przed wywoływaniem wilka z lasu, postanowiłem odtąd skupiać się głównie na tym, co w Nowej Fantastyce dobre. To już nie moja wina, że długość notek trochę na tym ucierpi...

Na początek spodobało mi się, w jaki sposób Jakub Winiarski w swoim wstępniaku wkłada szpilę rodzimym twórcom. Posługuje się przy tym cytatem z Woody Allena, który przytoczę tu w całości: "Chciałbym nakręcić wielki film, ale pod warunkiem, że nie przepadnie mi rezerwacja w ulubionej restauracji". Z całego działu publicystyki na następnych stronach polecam wywiad z Jarosławem Grzędowiczem. Autor Pana Lodowego Ogrodu prezentuje się jako rozsądny facet, twardo stąpający po ziemi, trzeźwo patrzący nie tylko na nasz rynek wydawniczy, ale także na własą twórczość. Nie znam osobiście, ale polubiłem od pierwszego słowa. Wywiad z Bogusławem Polchem też warto odnotować, bo jest zapowiedzią październikowego bliskiego spotkania z... Funkym Kovalem (Oh, yeah!)

Dział recenzji to, niestety, tradycyjny już przegląd pełnych wampirów i zakochanych w nich naiwniaczek produktów dla młodzieży. Na tym tle wybija się króciutka reklama zbioru opowiadań Miéville'a W poszukiwaniu Jake'a. Z kolei w dziale recenzji filmowych Joanna Kułakowska nie poleca Czwartego stopnia Osunsanmiego, a Przemysław Pieniązek wybrzydza trochę na "Istotę" Nataliego. Orbitowski nie zawodzi, wyciągając na światło dzienne kolejny koszmarek z lat osiemdzisiątych. Tym razem trafiło na The Lair of the White Worm Kena Russella, z Hugh Grantem w roli głównej.

Proza w sierpniowym numerze nie zaskakuje in minus, choć nie znalazłem w niej nic, co zdołałoby mnie poruszyć. Łukasz Dęboróg i Jakub Kamiński próbują mierzyć się z niedawną powodziową traumą. Piweńko tego drugiego czyta się lepiej, choć fantastyki tam tyle, co na lekarstwo. Mike Resnick przedstawia swoją wersję Narzeczonej Frankensteina i choć świeże i przyjemne, opowiadanie pozostaje jedynie rozbudowaną anegdotą. Z dwojga tekstów Olgi Gromyko, polecam Pomysły i Domysły. To lekka fantasy, której bohaterka to taki Geralt w spódnicy, tylko z większym poczuciem humoru i dystansem do świata. Co prawda ten świat jakby przyjaźniejszy, więc pewnie jej łatwiej...

Nowa Fantastyka 08/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

środa, 25 sierpnia 2010

Szkoda czasu na piaski czasu

Kilka spokojniejszych wakacyjnych tygodni pozwoliło mi nadrobić nieco zaległości. Jedną z nich było zapoznanie się z ekranizacją Księcia Persji - kultowej serii komputerowych zręcznościówek. W czasach młodości straciłem kilka nocy na legendarne dzieło Jordana Mechnera, ale to by było na tyle, więc nie oczekujcie ode mnie porównań filmu Mike'a Newella z pierwowzorem.

Będzie więc jedynie o samym filmie. Nie za wiele, bo naprawdę nie warto się rozwodzić, choć sama fabuła miała spory potencjał. Adoptowany przez mądrego króla dzielny i prawy książę, dwaj jego ambitni bracia, równie ambitny stryj, intryga, wojna, zemsta i miłość do pięknej księżniczki - wszystko to razem mogło stworzyć podbudowę do pięknej, emocjonującej historii. Zadbano również o plenery i scenografię, tworząc kompletny świat mitycznej, starożytnej krainy, z bogactwem detali, na których warto zawiesić oko. Bez zarzutu jest również choreografia - zwłaszcza sceny walk i akrobatyczne popisy księcia Dastana w trakcie licznych scen pogoni.

Skoro wszystko jest tak pięknie, to dlaczego jest tak źle? Po pierwsze, fatalne są dialogi. Bohaterowie albo wylewają z ekranu tony patosu, albo gadają jak nam współcześni, co strasznie gryzie się z tak pieczołowicie budowaną scenografią. Jeżeli można jeszcze przymknąć na to oko w scenach przekomarzania się Dastana z księżniczką Taminą, to nie do zniesienia staje się już w wykonaniu Alfreda Moliny w roli przedsiębiorczego szejka Amara.

Po drugie, zawiedli aktorzy. Wybór Jake'a Gyllenhaala od początku mógł budzić wątpliwości. I całkiem zasadne, bo na jego sympatycznej buzi nie widać ani charyzmy, ani sprytu, ani twardości, bez których jego książę Dastan przestaje być wiarygodny. Jego partnerka, Gemma Arterton, miała znacznie łatwiejsze zadanie, rodząc się do tej roli ze wszystkimi niezbędnymi atrybutami. Tylko dlaczego najgorzej wypadają sceny właśnie z jej udziałem? Nie spisał się też Ben Kingsley. Jego Nizam rzuca swoimi posępnymi spojrzeniami już od pierwszych scen filmu, nie pozostawiając widzom żadnych wątpliwości, kto tu pociąga za sznurki. Tylko dlaczego widz musi się męczyć, oglądając nieudolne próby dojścia bohaterów do tej oczywistej prawdy? Jeżeli miałbym już wyróżnić kogoś z obsady, to wskazałbym jedynie Richarda Coyle'a w roli księcia Tusa.

Widziałem, nie ubawiłem się, połowy już nie pamiętam. Film nieco ratuje emocjonujący i bardzo efektowny finał, jednak to za mało, aby nie pożałować wydanych na bilet pieniędzy.

Książę Persji: Piaski Czasu, reż. Mike Newell, Walt Disney Pictures 2010

wtorek, 3 sierpnia 2010

Stanie się czas

Jak wspominałem w poprzednim wpisie, wraz z lipcowym numerem Nowej Fantastyki" otrzymaliśmy jedną z powieści Poula Andersona. Stanie się czas została napisana na początku lat 70-tych i była nawet nominowana do nagrody Hugo, jednak nie ukrywajmy - uczyniłbym autorowi wielką krzywdę, umieszczając tę recenzję w kategorii "klasyka".

Jack Havig jest mutantem, potrafiącym przemieszczać się w czasie przy użyciu samej siły woli. Korzystając z tego daru, ogląda ponure losy współczesnej cywilizacji, jej katastrofalny upadek i odrodzenie pod panowaniem pokojowego ludu Maurai. Podczas swoich wędrówek w przeszłość i przyszłość spotyka innych ludzi podobnych do niego. Dołącza do grupy podróżników w czasie, zamieszkujących Orle Gniazdo - enklawę, która ma przenieść zdobycze cywilizacji przez mroczne wieki i ukształtować przyszłość, zgodnie z życzeniem jej twórcy, charyzmatycznego Caleba Wallisa. Kiedy odkrywa prawdziwą naturę tego projektu, buntuje się, ucieka i odtąd musi ukrywać się przed prześladowcami.

Wiemy, jak trudno napisać dobrą książkę o podróżach w czasie, unikając standardowych pułapek. Kilku jego poprzednikom się udało, Anderson poległ jednak z kretesem - jego bohaterowie używają swego daru w sposób urągający logice, co wynika z tego, że autor nie poradził sobie z problemem paradoksów. Jeszcze gorszy zarzut wobec tej książki dotyczy zawartej w nim wizji przyszłości - socjologicznie wątpliwej, jeżeli wręcz nie naiwnej.

Stanie się czas ma oczywiście dobre strony. Dobrze wypada przeniesienie narracji na neutralnego obserwatora, który relacjonuje czytelnikowi wydarzenia, które sam zna jedynie z opowieści głównego bohatera. Ciekawe są fragmenty, opowiadające o dorastaniu Haviga, jego sytuacji rodzinnej, problemach z ujarzmieniem daru, który jest też jego największym przekleństwem. Wypada żałować, że Anderson nie skupił się bardziej na węwnętrznym życiu swego bohatera, zamiast kazać mu ratować świat, którego historii nie można podobno zmienić.

Szkoda, że wydawcy Nowej Fantastyki wybrali akurat tę książkę. Pewnie uzyskali jednorazowy efekt w postaci większego nakładu, jednak na dłuższą metę ten wybór może przynieść więcej szkód niż pożytku. Mam tylko nadzieję, że nie zniechęci to czytelników do sięgnięcia po inne dzieła Andersona - nieprzeciętnego twórcy sf i fantasy, wielokrotnie nagradzanego mistrza krótkich form, uznanego redaktora i wydawcy.

Poul Anderson, Stanie się czasi, tł. Tadeusz Markowski, Wyd. Prószyński Media, 2010

piątek, 30 lipca 2010

Nowa Fantastyka 07/2010

Nabywcy lipcowego numeru Nowej Fantastyki otrzymali w prezencie (czytaj: za niewielką podwyżkę ceny pisma) powieść Poula Andersona Stanie się czas. Książki jeszcze nie miałem okazji przeczytać, ale z zawartością magazynu, nie tylko z poczucia obowiązku, dokładnie się zapoznałem.

Nowy naczelny, Jakub Winiarski, wita się z czytelnikami banałami na temat popkultury. Dalej, jako że lipiec to sezon na kinowe Predatory, znajdziemy esej Przemysława Pieniążka o historii owych kosmicznych łowców. Można go pominąć i rzucić okiem na niezapomniane prace Franka Frazetty we wspomnieniowym artykule Waldemara Miaśkiewicza.

Haska i Stachowicz raczą nas opowieścią o lękach przed pogrzebaniem żywcem i pomysłach naszych przodków na zapobieganie tak przerażającym medycznym pomyłkom. Uwaga, niektóre z opisów tylko dla ludzi o mocnych nerwach! Nawiasem mówiąc, te historie z lamusa to naprawdę prawdziwe perły działu publicystyki i wypada tylko żałować, że są jednymi z ostatnich pozostałości po "starych dobrych czasach".

Z działu recenzji wyniosłem decyzję o zakupie najnowszej powieści Johna Irvinga (Ostatnia noc w Twisted River). Jakub Winiarski użył wobec niej określenia wybitna, więc wszelkie ewentualne pretensje proszę kierować do niego. Do innych polecanek postanowiłem podchodzić sceptycznie, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że o tych nadspodziewanie wielu pozycjach ocenionych na co najmniej 5/6 za kilkanaście lat będziemy jeszcze pamiętać. Trochę więcej ciekawych informacji znajdziemy w dziale recenzji filmowych - za sprawą Łukasza Orbitowskiego, który dzieli się wrażeniami po obejrzeniu remake'u Koszmaru z ulicy Wiązów - oraz interesującego tekstu Macieja Parowskiego o Metropii Tarika Saleha.

Dział prozy w lipcowym numerze otwierają mało oryginalne Skalpy Siuksów Kochańskiego (na kilometr czuć inspirację Cameronowym Avatarem). W kazdym razie opowiadanie plasuje się poniżej normalnego poziomu autora. Koci Król Michała Ochnika w ogóle nie powinien był ukazać się drukiem - infantylny nie tylko w pomyśle, ale i w stylu. Interesująco zapowiada się za to Wieczny Grunwald Szczepana Twardocha - zaprezentowany fragment powieści jest szalony, oryginalny, brawurowy. Matka Polska, Polacy, Niemcy i narodowe fiksacje to nie moje klimaty, ale wypada docenić talent, erudycję i wizję autora.

Miłośnikom rozrywkowej fantasy historycznej powinni przypaść do gustu Piekielnicy Juraja Červenáka. Nie chybiający celu twardziele śmiejący się śmierci w twarz, pojedynki, grabieże i na dokładkę perski czarownik, ifryt i pomocny wodnik. Mnie również udało się znaleźć coś dla siebie, a tym czymś okazało się Skostniałe niebo Jeffa Carlsona - trzymająca w napięciu fabuła o nieudanym Pierwszym Kontakcie - dobrze napisane twarde sf, sprawnie budujące klaustrofobiczny klimat lodowych jaskiń, które przemierza walcząca o przetrwanie bohaterka.

Nowa Fantastyka 07/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

poniedziałek, 19 lipca 2010

Zielono mi

Po doświadczeniach ze Shrekiem Trzecim miałem pewne obawy, czy twórcom popularnej serii o sympatycznym zielonym ogrze uda się godnie pożegnać z widzami. Shrek Forever daje jednak radę. Dzięki sprytnemu zabiegowi fabularnemu, film wraca do przygód znanych z pierwszych części, odchodząc od konwencji zlepku średnio śmiesznych gagów. Poza tym, Josh Klausner (scenariusz) i Mike Mitchell (reżyseria) postawili na akcję, rezygnując ze znaku firmowego serii, którym były liczne nawiązania do popkultury. Paradoksalnie, nie oznacza to ukierunkowania filmu na młodszego odbiorcę - Shrek Forever to najbardziej "dorosła" ze wszystkich części, traktuje bowiem o... kryzysie wieku średniego.

W życiu każdego mężczyzny, męża, ojca przychodzi moment, w którym zaczyna tęsknić za utraconą wolnością. Nie inaczej jest z ogrami. Pewnego dnia uświadamiasz sobie, że twój azyl na ponurym bagnisku zamienił się w atrakcję turystyczną, dni beztroski zastąpiła rutyna rozlicznych rodzicielskich obowiązków, a nadspodziewanie liczne grono przyjaciół nie pozostawia nawet jednej wolnej chwilki na zebranie myśli. Miałbyś ochotę ryknąć wściekle i napędzić stracha paru wieśniakom, ale to nie najlepszy pomysł w sytuacji, kiedy ci ustawiają się w kolejce po autografy. Ach, gdyby tak, choć na jeden dzień, cofnąć się w czasie i zakosztować dawnego życia...

W świecie bajek głośno wypowiadane życzenia mogą przynieść nieoczekiwane skutki. Na przykład za rogiem może czaić się podstępny karzeł Rumpelnicki, gotów wykorzystać każdą sposobność, aby zyskać władzę nad Zasiedmiogórogrodem. Podsuwa on Shrekowi umowę, na mocy której oferowuje mu ów wymarzony dzień, w zamian za jeden wybrany dzionek z dzieciństwa ogra. Shrek ochoczo korzysta z okazji i przekonuje się, że igranie z czasem może być bardzo bolesne. Wprawdzie pocałunek prawdziwej miłości znów może go wydobyć z tarapatów, ale jak tego dokonać, skoro przyjaciele go nie poznają, a ukochana Fiona nie jest już tą samą Fioną?

Zmuszenie Shreka do ponownych starań o serce ukochanej to naprawdę fajny pomysł na zamknięcie cyklu. Niestety, motywy Shreka niekoniecznie będą zrozumiałe dla najmłodszych. Film jest też mroczniejszy i mniej w nim humoru, choć Osioł i Kot nadal błyszczą w dialogach. Dużą zaletą jest postać Rumpelnickiego, chyba najbardziej interesującego z dotychczasowych przeciwników zielonego ogra (tu należą się osobne słowa pochwały pod adresem Cezarego Pazury, który użyczył mu głosu). Rozczarowują efekty 3D - wprawdzie realizacji wizualnej całego obrazu nie sposób niczego zarzucić, to jednak sceny w trójwymiarze po prostu nie są warte swojej ceny. Wydaje się, że skoro stają się standardem współczesnych produkcji, to nie powinniśmy wciąż płacić za nie, jak za dodatkową atrakcję.

Shrek Forever, reż. Mike Mitchell, DreamWorks Animation 2010

środa, 14 lipca 2010

Na początku było słowo

Gdy tylko trafi mi się jakiś pretekst, dla którego mogę sięgnąć po książkę Samuela R. Delany'ego, to natychmiast z niego korzystam. A omawianie twórczości tego autora przy okazji przypominania klasyków sf to nawet więcej niż pretekst - to konieczność. Tym bardziej, że, jak ze smutkiem zauważam, rośnie nam pokolenie miłośników fantastyki, którzy o tym czarnoskórym, amerykańskim pisarzu nigdy nie słyszeli.

Dlaczego właśnie Babel-17, a nie na przykład ulubiona przeze mnie Nova, lub głośny Dhalgren? Przyczyn jest kilka. Najbardziej prozaiczną jest fakt, że wcześniej nie posiadałem tej książki na własność, więc nadarzyła się okazja, żeby ją wreszcie zakupić. Najistotniejszą jest chyba zaś ta, że na przykładzie tej powieści najłatwiej będzie mi pokazać, jak wielkim pisarzem Delany jest.

Babel-17 powstała w 1966 roku i z miejsca zyskała rozgłos. Zdobyła Nebulę i była nominowana do Hugo. Były to romantyczne czasy, w których pisarze-fantaści wysyłali ludzi w Kosmos, kazali im walczyć, ze sobą i z Obcymi, kochać się i nienawidzić na galaktyczną skalę. Nie inaczej jest tutaj - ludzkość zasiedliła pięć galaktyk, podzieliła się na dwa wrogie obozy i toczy wojnę, do której wciągnęła również inne cywilizacje. Dodajmy do tego obdarzoną urodą i rozlicznymi talentami bohaterkę, wyruszającą na misję, która ma odmienić losy świata. Brzmi jak parodia klasycznej space-opery, prawda?

Otóż nie. Nasza bohaterka, Rydra Wong, jest popularną poetką i językoznawcą, a jej misja polega na odnalezienia źródła tajemniczego kodu, powiązanego z groźnymi aktami sabotażu. Mało tego, szyfr okazuje się językiem, który w miarę przyswajania, wpływa na percepcję i procesy myślowe ludzi, czyniąc ich agentami wroga i niezwykle groźną bronią. Jak więc trafnie zauważyła ninedin, Babel-17 to coś w rodzaju space-opery o językoznawstwie. Obok klasycznych scen akcji, kosmicznych bitew nawet, znajdujemy tu lingwistyczną zagadkę, uzupełnioną sporą dawką wiedzy z tej dziedziny. Samą powieść można odczytywać na wielu poziomach - oprócz solidnej rozrywki, dostarcza też tonę materiału do przemyśleń. A Delany wie, o czym pisze i choć czasem bywa trudny w odbiorze, potrafi uważnego czytelnika sowicie wynagrodzić. Lektura Babel-17 przypomina więc obieranie cebuli z kolejnych warstw, a im głębiej, tym coraz bardziej smakowicie.

Postać Rydry Wong oparta jest na ówczesnej życiowej partnerce Delany'ego, uznanej poetce Marilyn Hacker. To próbki jej twórczości znajdziemy w książce. Sam Delany również się w niej pojawia, jako Muels Aranlyde, powieściopisarz, jednen z trojga składników jej partnerskiego związku (trzecim jest Fobo Lombs, postać wzorowana na przyjacielu Delany'ego, Bobie Folsomie). Nietrudno zgadnąć, że powtarzająca się też w innych jego książkach wizja społeczeństwa, w którym normą są poligamiczne związki - hetero- i homoseksualne - bazuje na osobistych doświadczeniach autora - prywatnie małżonka, ojca, geja. Oczywiście Delany nie poprzestaje na tym - świat powieści jest bogaty, wręcz zaskakująco bogaty, biorąc pod uwagę jej objętość. Znajdziemy w niej ożywionych ludzi, duchy, obcych, spójną wizję technologii podróży kosmicznych, całą gamę społeczności, łącznie ze wszystkimi ich atrybutami - od seksu, mody, poprzez rozrywki, na diecie skończywszy. Nie wszystkim może odpowiadać styl, jakim autor próbuje nam to sprzedać - nie mniej bogaty od treści, czasem wręcz barokowy. Musimy też uważać na nagłe zmiany narratora, czy czyhającą za rogiem aliterację. Warto jednak się do tego stylu przyzwyczaić, bo wizje Delany'ego są naprawdę niebanalne i na długo zapadają w pamięć. Dobrym przykładem jest scena otwierająca powieść - spacer Generała ulicami kosmicznego portu, w trakcie którego dowiadujemy się o toczącej się wojnie - dzięki wspomnieniom ekonomicznej blokady, strachu, cierpienia, głodu, aktów kanibalizmu. Te wspomnienia z koszmarnej przeszłości odciskają zresztą swe piętno na każdej postaci z powieści i, choć nie mówi się o tym wprost, w znacznym stopniu determinują ich postawy i działania.

Ale Babel-17 to nie jest przecież powieść o wojnie. Nie jest to też chyba powieść o językoznawstwie, choć język jest tu kluczem. Jako narzędzie porozumienia. Bo to bariery w komunikowaniu się są wątkiem, na którym skupia się autor. Rydra rozwiązująca problemy w związku trójki swoich nawigatorów. Rydra ucząca okaleczonego psychicznie człowieka pojęcia "ja". Rydra wprowadzająca urzędnika w nieznany mu świat portowych melin i ich bywalców. Wyniszczająca wojna, której strony dawno zapomniały, o co tak naprawdę walczą. Delany sugeruje, że rozwiązanie może kryć się w słowach. Słowa mają siłę sprawczą, bo przecież "na początku było słowo", jak przypomina główna bohaterka. Jeżeli tylko znajdziemy właściwe nazwy, możemy dokonać niewyobrażalnych dotąd rzeczy. Na przykład zbudować elektrownię słoneczną, bazując na opisie składającym się z dziewięciu słów. Albo zakończyć polityczną wojnę, zmieniając język komunikatów.

Samuel R. Delany, Babel-17, Orion Publishing Co, 1999

sobota, 3 lipca 2010

Nowa Fantastyka 06/2010

Czerwcowy numer Nowej Fantastyki miło mnie zaskoczył. Nie spodziewałem się wiele po obejrzeniu tandetnej okładki, ani po zapowiadanej przez nią horrorowej zawartości. Z drugiej strony, po doświadczeniach z kilkoma poprzednimi numerami, nie powinienem się chyba dziwić, że to właśnie autorzy opowieści grozy zadbali o poziom literacki tego wydania.

Najbardziej wartościowym literacko opowiadaniem okazał się Kopciuch Petera Strauba. Wewnętrzny świat psychopatycznej przedszkolanki naprawdę przeraża, mimo że autor oszczędza nam opisów popełnianych przez nią zbrodni. Takich nie brakuje w Udręczonych duszach: legendzie o Primordium Clive'a Barkera - opowieści o dziwnym związku dwojga złamanych ludzi, przemienionych w zabójców z koszmarów, osadzonej w scenografii fantasy. Nagromadzenie krwawych scen przemocy i obrzydliwości przekracza tu czasem granicę dobrego smaku, ale tworzy ciekawy klimat, który pozwala z nadzieją oczekiwać na powstający na kanwie tej historii film.

Ewa Białołęcka zaserwowała nam zupełnie inne danie - Cudowne źródełko, czyli kryminał hydrauliczny to opowiadanie z cyklu Selerbergiady (którego, mea culpa, jakoś nie było mi dane poznać). Bardzo zabawne w przywołującym klimat U Pana Boga za piecem wstępie, jedynie znośne później, kiedy na scenę wkraczają sztampowe agentki Dobra i Zła, rywalizujące o rząd dusz. Maskarada Tomasza Golisa to ostatnie z publikowanych konkursowych opowiadań. Całkiem sprawnie napisane, choć zachęcający początek, z tajemniczymi napisami na murach i starą księgą, obiecuje znacznie więcej niż dostarcza nam przewidywalny od połowy finał. Tygrys, tygrys Marcina Wełnickiego też rozczarowuje, a to z powodu zbyt małej objętości. Przedstawienie bohatera, nakreślenie świata, nie pozostawia już zbyt wiele miejsca na samą historię opętania przez krwiożercze bóstwo.

W czerwcowym numerze magazynu znajdziemy dwa wywiady z autorami. Zdecydowanie ciekawiej wypada Bartłomieja Paszylka rozmowa z Peterem Straubem. Mistrz horroru jest zabawny, szczery, odsłania wiele ze swego warsztatu. Charlaine Harris okazuje się rzemieślniczką, korzystającą z okazji, jaką niespodziewanie dostarczył jej los, choć może to tylko maska, któż to wie.

Coraz bardziej rozczarowuje mnie natomiast dział recenzji. Mam wrażenie, że pismo zmienia swój target, stawiając na coraz młodszych odbiorców, co rzutuje również na dobór ocenianych pozycji. Na szczęście mogę jeszcze liczyć na Łukasza Orbitowskiego, dzielącego się wrażeniami z oglądania kolejnych ramot. Tym razem padło na Dom długich cieni Petera Walkera, produkcję z 1984 roku, w której kwartet weteranów w składzie Cushing, Carradine, Lee i Price przypomina o swoim istnieniu. Bawiąc się przy tym świetnie, co widać na ekranie, i bawiąc także widza, co cenne i nie tak częste przecież.

Nowa Fantastyka 06/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

niedziela, 13 czerwca 2010

Bester is the best

Jeżeli bierzemy się za omawianie klasyków literatury sf, nie sposób pominąć Alfreda Bestera. Wpływ jego dwóch sztandarowych powieści z połowy ubiegłego wieku na autorów i czytelników fantastyki można jedynie porównać z wpływem Gwiezdnych Wojen Lucasa na środowisko filmowców i odbiorców filmów. Ponieważ Gwiazdy moje przeznaczenie omówiła już swego czasu ninedin, postanowiłem przybliżyć wam Człowieka do przeróbki - książkę z 1951 roku, za którą Bester otrzymał pierwszą w historii nagrodę Hugo.

Ben Reich kieruje potężnym finansowym imperium, obejmującym swym zasięgiem cały Układ Słoneczny. Trawiony obsesyjną chęcią pokonania swego rywala w interesach, przyparty do muru, nie cofnie się przed niczym, nawet przed morderstwem. A zaplanowanie i dokonanie morderstwa w świecie pełnym telepatów wydaje się zadaniem niemożliwym do realizacji, nawet dla kogoś dysponującego nieograniczonymi praktycznie zasobami.

Bestera nie interesują przeciętniacy. Zarówno Ben Reich, jak i jego główny adwersarz - prefekt plicji, geniusz i telepata Lincoln Powell - to niemal półbogowie. Główny bohater w którymś momencie sam wygłasza pogląd, że kogoś takiego, jak on sam, nie ograniczają zwykłe normy etyczne. Reich innych ludzi traktuje jak zasoby do wykorzystania, pionki na planszy, na której rozgrywa swą wojnę o władzę nad światem. Powell jest z zupełnie innej gliny - cały swój geniusz zaprzągł do celu uczynienia świata lepszym. Czyli wolnym od zakusów osobników takich jak Ben. Dla tych dwóch meżczyzn Układ Słoneczny jest po prostu zbyt ciasny.

Człowiek do przeróbki to pasjonujący kryminał, w którym od początku wiemy, kto zabił. Mimo to, czyta się go z wypiekami na twarzy. To zasługa autora, który śmiało przekracza granice, do których inni pisarze baliby się zbliżyć, i nie traci na wiarygodności. Owszem, ze współczesnego punktu widzenia mocno podszyte Freudem motywacje bohaterów mogą wydawać się naiwne, podobnie jak wizje XXIV-wiecznego społeczeństwa, czy technologii, ale wcale nie przeszkadza to w odbiorze powieści, której fabuła, co tu kryć, zapiera dech w piersiach. Bo przecież nie ma w literaturze nic fajniejszego od wojny, namiętności i zemsty, prawda?

Alfred Bester, The Demolished Man, Orion Publishing Co, 1999; Alfred Bester, Człowiek do przeróbki, tł. Andrzej Sawicki, Wyd. Solaris, 2006

czwartek, 27 maja 2010

Nowa Fantastyka 05/2010

Motywem przewodnim majowego numeru Nowej Fantastyki są podróże w Kosmos. Niestety, próżno szukać tego wątku w publikowanej prozie. Od biedy można za takowy uznać odwiedzający Ziemię statek Obcych, który pojawia się w Mrówce Marcina Maliszewskiego. Jest to jednak tekst, o którym chciałoby się jak najszybciej zapomnieć - napisany nieciekawym językiem, z niewiarygodnymi bohaterami i mało odkrywczą fabułą.

Nieco lepiej wypada Idol Pawła Ciećwierza, kolejna z odsłon przygód antypatycznego nekromanty Brighelli - historia szantażu, opowiedziana przyzwoitym językiem, choć z nieco naiwną, moim zdaniem, wizją Polski niedalekiej przyszłości. Odmienną wizję naszej ojczyzny zaprezentował Jakub Żulczyk, szkoda tylko, że kosztem logiki i rozumu. Nie wątpię, że jego postapokaliptyczne Rzuty kośćmi znajdą entuzjastów, choćby ze względu na liczne wulgaryzmy i barwne opisy rozmaitych okropieństw, jednak sensu w nich nie znalazłem.

Wytchnieniem okazała się lektura Dozorcy systemu Kazimierza Nagórskiego. Wydawałoby się, że historia dziwacznych Deszczowców, wcielających się w ludzi, aby bronić Wszechświat przed Autowcami, osadzona w polskich realiach, nie może się obronić. A jednak. Połączenie świetnie poprowadzonej narracji i ciekawego bohatera wytworzyło tę odrobinę magii, która sprawiła, że tekst nie ulotnił się z pamięci zaraz po przeczytaniu.

Autorów zagranicznych reprezentuje w majowym numerze jedynie Neil Gaiman w króciutkich Żeńskich końcówkach. To opowiadanko wygląda na naprędce sklecony szkic do opowieści, która mogłaby rozwinąć się w kierunku horroru lub psychologicznego dreszczowca. W zaprezentowanej postaci pozostaje jedynie napisaną dla zabicia nudy wprawką.

Miało być o podboju Kosmosu. I jest trochę w publicystyce - przede wszystkim w eseju o naiwnych jego wizjach, snutych przez pionierów literatury fantastycznej (Powrót z gwiazd Michała Wiśniewskiego). Dalej Piotr Cholewa konfrontuje wyobraźnię Clarke'a i Kubricka z rzeczywistością, która właśnie ją dogania (Rok Odysei). Najbardziej godne polecenia z działu publicystycznego są chyba Idee, które nie zmieniły świata, czyli patenty z lamusa duetu Haska/Stachowicz - masa zabawnych ciekawostek z bogatego repertuaru naszych dawnych wynalazców. Poza tym, cienko - nawet Łukasz Orbitowski mnie zawiódł tym razem, pewnie dlatego, że wolę jak odświeża starsze, przeważnie zapomniane już produkcje.

Gdybym chciał być złośliwy, napisałbym, że majowy numer Nowej Fantastyki stanowi dowód na słuszność tezy, zaprezentowanej w jego wstępniaku. O upadku literatury fantastycznej. Ale nie jestem złośliwy, a i fantastyka ma się, według mnie, całkiem dobrze.

Nowa Fantastyka 05/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

poniedziałek, 17 maja 2010

O czasowych paradoksach

Ponieważ byłem niedawno posądzany o pewną znajomość klasyki literatury fantastycznej, postanowiłem coś z tym fantem zrobić i postarać się choć trochę sprostać tej mocno naciąganej opinii. Z tej okazji pojawiła się na tym blogu kategoria "Klasyka", gdzie wylądują moje wrażenia z lektury pozycji zasługujących (moim zdaniem) na to miano. Będą to zarówno ksiażki, z którymi nigdy nie było mi dane się spotkać, jak i te, które, z różnych powodów, zdążyły się z mej pamięci ulotnić.

The Big Time Fritza Leibera należy zdecydowanie do tej pierwszej kategorii. Zapewne wszyscy miłośnicy fantastyki kojarzą nazwisko tego nieżyjącego już amerykańskiego autora. Starszym polskim czytelnikom przychodzi na myśl słynny Wędrowiec, młodsi rozpoznają go głównie jako twórcę cyklu fantasy o przygodach Fafryda i Szarego Kocura (który dla mnie okazał się mało strawnym posiłkiem, tak nawiasem). Przyczyna jest prosta - choć Leiber był prawdziwym kolekcjonerem nagród, nasi wydawcy jakoś go nie rozpieszczali. Na szczęście czasy, w których zagraniczną literaturę trzeba było szmuglować, dawno już minęły.

The Big Time, za którą autor otrzymał Hugo w zimnowojennym (co nie bez znaczenia) 1958 roku, to niezbyt typowa powieść z gatunku sf. Choć traktuje o podróżach w czasie, podróże w czasie w niej nie występują. Fabuła jest z pozoru prosta - kilkoro bohaterów, odizolowanych od wszechświata w ciasnej, zamkniętej przestrzeni, w dodatku z tykającą bombą atomową, próbuje zrozumieć sytuację, w której się znaleźli. Leiber, syn pary aktorów, stworzył tu psychodramę, która z powodzeniem mogłaby zmieścić się na teatralnej scenie. Tymczasem, dla kontrastu, tło opowieści, kreślone w dialogach i przemyśleniach narratorki, poraża rozmachem. Oto mamy wojnę dwóch stronnictw, zwanych Wężami i Pająkami, toczoną miliardy lat, na wielu światach, w której podstawową bronią są podróże w czasie i ingerencje w historyczne zdarzenia. Żołnierzami w Wojnie Zmian, są zwykli ludzie i nieludzie, wyrywani ze swych realiów i wykorzystywani przez istoty, o których nie wiedzą dosłownie nic. Żaden z bohaterów powieści nie zna motywów swoich mocodawców, więcej - nie wiadomo, jak wyglądają, czy pochodzą z przeszłości, czy też najodleglejszej przyszłości.

Oceniamy te fakty z mrówczej perspektywy młodej kobiety zatrudnionej w zawieszonej poza czasem niewielkiej stacji wypoczynkowej dla walczących na froncie weteranów. Greta jest jednocześnie pielęgniarką, hostessą, psychologiem, gejszą... Wykonuje swe zajęcie z zaangażowaniem, próbując odnaleźć sens w świecie chaosu, w którym przyszło jej funkcjonować. Nie jest to łatwe, bowiem rozchodzące się czasoprzestrzenne fale, będące skutkiem wojennych zdarzeń, zmieniają nie tylko fakty historyczne, ale także wspomnienia, osobowość, zakłócają emocje. Musi żyć ze świadomością, że każda kolejna batalia może przynieść zmiany, kończące jej egzystencję. W dodatku sytuacja wojenna nie wygląda najlepiej - konflikt narasta, a strony nie przebierają w środkach, nie cofną się nawet przed wykorzystaniem broni masowego rażenia w celu zmiany wyniku jakiejś bitwy w starożytnym Egipcie.

The Big Time okazała się bardzo satysfakcjonującą lekturą. Nieco trudną w odbiorze, za co mogę winić jedynie mój niedoskonały angielski (Leiber nie ucieka przed stylizacją, z chęcią odwołuje się do dziedzictwa światowej literatury, a i neologizmów się nie boi). Od jej powstania minęło ponad pół wieku, ale, choć takich ksiażek już się nie pisze, zupełnie się nie zestarzała. A może to ja się zestarzałem razem z nią...

Fritz Leiber, The Big Time, Orb Books, 2001

środa, 5 maja 2010

Przygoda z owcą

"Człowiek budzi się rano i wie, że ma w sobie owcę. To bardzo naturalne uczucie." Ten cytat z okładki Przygody z owcą doskonale oddaje klimat kolejnej już powieści Haruki Murakamiego, którą przeczytałem w tym roku. Popularny japoński pisarz buduje nastrój niesamowitości, czasem grozy, używając elementów, które zupełnie do tego nie pasują. Cóż bowiem nadaje się mniej do skonstruowania sensacyjnej fabuły z elementami horroru niż zwykła owca? No dobra, taka zwykła to ona jednak nie jest.

Z głównym bohaterem ksiażki zetknąłem się już przy okazji lektury Tańcz, tańcz, tańcz - teraz miałem okazję zapoznać się z wydarzeniami, które wspomina on w tamtej powieści. Przygoda z owcą zaczyna się nadzwyczaj spokojnie - przez pierwsze sto stron właściwie nic się nie dzieje, spotykamy i próbujemy polubić dwudziestokilkuletniego mężczyznę, przeciętnego - przynajmniej we własnym mniemaniu - mieszkańca Tokio. Potem na scenę wkracza wpływowa figura z potężnej mafijnej organizacji, która składa mu klasyczną propozycję nie do odrzucenia. Otóż ma on odszukać pewną szczególną owcę, uwiecznioną na fotografii, którą opublikował w jakimś folderze reklamowym. W tej kuriozalnej misji towarzyszy mu przyjaciółka z niezwykle pięknymi uszami o paranormalnych właściwościach...

Napisałem, że to książka sensacyjna? To gruba przesada - cały ten wątek poszukiwania owcy jest w zasadzie pretekstowy. Niestety nie potrafię precyzyjnie odpowiedzieć, do czego ma być on pretekstem. Sam główny bohater też nie traktuje całej sprawy zbyt poważnie - raczej daje się nieść wydarzeniom, niż próbuje nimi sterować. Wydawca w notce na tylnej stronie okładki porównuje Przygodę z owcą do filmów Kubricka i Lyncha. Ja też miałem filmowe skojarzenia, ale moje myśli biegły raczej w kierunku Brooklyn Boogie i Dymu Wanga. Pamiętacie te nie kończące się rozmowy o niczym? Powieść Murakamiego roi się od dialogów, które nie mają żadnego związku z fabułą, nie są też nośnikiem jakiś ważniejszych treści. Ani na pierwszy rzut oka, ani na drugi, ani nawet trzeci. Dodajmy do tego mnożące się opisy najzwyklejszych codzinnych czynności, takich jak gotowanie, sprzątanie i zabiegi higieniczne i macie już w miarę pełny obraz. Pewnie nie uwierzycie, ale czyta się to wszystko znakomicie.

Więc gdzie leży tajemnica sukcesu japońskiego pisarza? Moim zdaniem Murakami byłby przeciętnym twórcą czytadeł, gdyby nie jego znakomity dar obserwacji i równie dobre poczucie humoru. Po lekturze trzech książek mogę zaryzykować twierdzenie, że nie schodzi on poniżej poziomu, który na przykład taki Irving osiągał tylko w kilku najlepszych powieściach. Nie ukrywajmy, wciaż jest to rodzaj literackiego odśnieżania, dostarcza jednak duuużo przyjemności.

Haruki Murakami, Przygoda z owcą, tł. Anna Zielińska-Elliott, Wyd. Muza, 2008