sobota, 6 lutego 2010

Księga ocalenia - świat po zagładzie... rozumu

Czytelnicy tego bloga mogli odnieść wrażenie, że zajmuję się tu tylko dziełami godnymi polecenia. Nic bardziej mylnego - po prostu do tej pory miałem szczęście. Dobra passa skończyła się wraz z seansem Księgi ocalenia (The Book of Eli). A zapowiadało się całkiem nieźle - niedaleka przyszłość, świat po globalnej katastrofie (czyli to, co tygrysy lubią najbardziej) i na dodatek Denzel Washington jako zbawca ludzkości i Gary Oldman jako jego główny oponent. Czego chcieć więcej? Otóż przynajmniej minimalnej dozy tego, co w tytule tej notki, czyli rozumu. Jeżeli ktoś, nawet po tym ostrzeżeniu, zamierza wybrać się do kina na najnowsze dzieło braci Hughes, to może lepiej niech dalej nie czyta...

Pewnie już wiecie, że Eli (Washington) strzeże tytułowej Księgi, próbując wypełnić swą tajemniczą misję dostarczenia jej na Zachód. Księga jest ostatnią nadzieją resztek ludzkości na przetrwanie i odrodzenie. Księga jest wyjątkowa, bo to ostatni egzemplarz dzieła, które postanowiono zniszczyć po przerażającym doświadczeniu globalnej wojny. Wyjątkowo trudna to misja, ponieważ wyludnione, wypalone ziemie, niegdyś zwane Stanami Zjednoczonymi Ameryki, przez które przyszło Eliemu wędrować, zamieszkują rozmaite wredne (i głodne) typy, dla których życie bliźniego nie przedstawia żadnej wartości. Jednym z wredniejszych jest niejaki Carnegie (Oldman), samozwańczy przywódca małomiasteczkowej społeczności, z ogromnym apetytem na więcej władzy. I o niczym bardziej nie marzy, niż o przejęciu owej Księgi, której pełne mocy wersy pozwolą mu otumanić i zniewolić kolejne rzesze. Zgadnijcie, o jakiej księdze mówimy....

Na szczęście Eli nie musi niczego się obawiać, bo ma maczetę, pistolet i strzelbę, a w posługiwaniu się nimi nikt mu nie dorówna. No i spotka po drodze piękną dziewicę , która w kluczowym momencie wyciągnie pomocną dłoń.

Tego scenariusza nie uratowałoby nawet największe aktorstwo - być może to jest powód, dla którego Washington i Oldman nawet nie udają, że grają. Ten pierwszy ma trudniej, bo odzywa się mało, a jak już coś powie, to jest to tak pełne patosu, że aż dziwne, że nie idzie za nim tłum wiernych poddanych, zapisujących w notesikach każde słowo. Oldman, dla odmiany, nieustannie krzyczy i stroi groźne miny, na widok których truchleją nawet jego najgroźniejsze popychadła.

Pewnie już się domyślacie, że pisząc o zagładzie rozumu miałem na myśli producentów w Hollywood. Oczywiście nie mam racji - film z pewnością zarobi swoje, chociażby ze względu na wymienione sławy w obsadzie. Naprawdę, czasem myślę, że bliskie już czasy, kiedy wykreowane w komputerach postaci zastąpią żywych aktorów, są nową nadzieją kina.

Księga ocalenia, reż. Albert Hughes, Allen Hughes, Alcon Entertainment 2010

czwartek, 4 lutego 2010

Korona cieni

Gdzieś pomiędzy lekturami, o których już tu pisałem, tymi, o których jeszcze napiszę, a także tymi, o których w ogóle nie wspomnę, znalazłem czas na dokończenie Trylogii Zimnego Ognia. I chwile spędzone z Koroną cieni zdecydowanie należały do tych przyjemniejszych. Pani Friedman znowu udało się mnie zaskoczyć - kiedy para głównych bohaterów zaczęła już nieco męczyć, ożywiła swą opowieść, powołując do życia całkiem nowe postaci, inne wydobywając z drugiego planu na pierwszy. Od razu ostrzegam, że jeżeli ktoś nie czytał tomu pierwszego i drugiego, to niewiele zrozumie z tego, co napiszę poniżej.

Pomysł z potomkiem rodu Tarrantów cudowny - jeszcze lepsze wykonanie. Andrys Tarrant to zdecydowanie kluczowa postać finalnego tomu, a jednocześnie sposób na przypomnienie czytelnikom mroczniejszych stron charakteru Geralda. Jak to zwykle u Friedman, spadkobierca Merenthy nie jest postacią jednoznaczną - w dodatku zmienia się w miarę postępów akcji, głównie za sprawą związku z Narilką Lessing (tak, tą samą, którą ratował z opresji Gerald Tarrant w scenie otwierającej całą trylogię). I choć poznajemy go jako narkomana, dziwkarza, w dodatku sprzymierzonego z największym wrogiem ludzkości, to autorka umożliwia nam kibicowanie obu Tarrantom - mimo, iż ich interesy są sprzecznie i od początku jasnym jest, że zmierzają do konfrontacji.

Zmiany charakterów lub postaw dotykają wszystkich głównych bohaterów trylogii. Damien wreszcie godzi się z kompromisami, na które poszedł, współpracując z Łowcą, Gerald przyznaje się do ludzkich uczuć (warto wspomnieć dramatyczny moment konfrontacji z duchem Almei), nawet Patriarcha musi zaakceptować w sobie cechy, które jeszcze do niedawna wydawały się nieakceptowalne. Ba, sama Fae musi się zmienić. Zmienią się ludzie, zmienią się demony, bogowie i zmieni się Erna.

I tak jak w poprzednich tomach znajdowałem elementy fabuły lub budowy postaci, do których mogłem się przyczepić, to Koronę cieni mogę jedynie chwalić. Friedman wciąż najmocniejsza jest w oryginalnych pomysłach na konstrukcję świata - a za wyjaśnienie proweniencji demonów należy się jej beczka przedniego miodu, co najmniej. Trzeba też oddać, że potrafi niebanalnie i bez patosu pisać o przyjaźni i miłości, a to duża sztuka. Być może niektórych czytelników mógłby zmęczyć jej nieco epicki styl, ale mnie to akurat nie przeszkadzało.

Celia S. Friedman, Crown of Shadows, Wyd. Orbit, 2006; Celia S. Friedman, Korona cieni, tł. Zbigniew A. Królicki, Wyd. MAG, 2008

poniedziałek, 1 lutego 2010

Z wizytą na Parnasie

Już prawie cztery dekady Terry Gilliam prowadzi nas na poszukiwania Świętego Graala. Do kin trafił niedawno jego najnowszy przewodnik - Parnassus (The Imaginarium of Doctor Parnassus). Miłośnicy poetyki współtwórcy Latającego Cyrku Monty Pythona nie mają się czego obawiać - po kilku mniej lub bardziej udanych eksperymentach (wiem, strasznie narażam się fanatycznym wielbicielom Las Vegas Parano) dostajemy dokładnie to, czym Gilliam zasłynął i czym uwodził kolejne pokolenia fanów.

Film zaczyna się od mocnego uderzenia - na ulice współczesnego Londynu wtacza się ciągnięty przez parę koni ogromny, pokraczny wóz. To wcale nie senna mara - to ruchoma scena, na której tysiącletni mnich, doktor Parnassus, wprowadza się w trans, zapraszając odważnych widzów w podróż przez krainę wyobraźni. Bramą jest magiczne lustro, a cena za unikalne doznania może być najwyższa. W dziwacznym interesie pomagają mu równie starożytny karzeł Percy, nastoletnia córka Valentina i sympatyczny młodzieniec o imieniu Anton. Szybko dowiadujemy się, że histeryczny, nie rozstający się z butelką mocnego trunku Parnassus ma dobrze uzasadniony powód dla demonstrowanego przerażenia - od wieków toczy ryzykowną grę z samym Diabłem, a stawką ostatniego zakładu jest dusza jego ukochanej córki.

W stojący na krawędzi zagłady świat wędrownej trupy wkracza nagle niedoszły wisielec Tony, wywracając go do góry nogami. Szarmancki, elokwentny, szybko oczarowuje doktora i jego urokliwą córkę. Czy naprawdę zostanie wybawicielem? Tego oczywiście nie zdradzę. Wszyscy jednak znamy tę historię - szczęście jest na wyciągnięcie ręki, tylko trzeba umieć je dostrzec. A miłość to potężna siła.

Parnassus to inteligentne, wysmakowane widowisko. Wyobraźnia Gilliama ma do zaoferowania bardzo wiele - nie wyłączając groteskowych handlarzy organami z rosyjskiej mafii, czy policyjnego wodewilu. Jednocześnie jest to powrót do kina, którego już nie ma. Obawiam się, że kraina wyobraźni Parnassusa dla większości młodych ludzi, wychowanych na komputerowej animacji, będzie jedynie wyblakłą tandetą, pełne filozofowania dialogi - nudnym bełkotem, a sam doktor - odrażającym starcem. Chciałbym się mylić.

Wielkie słowa uznania należą się aktorom. Christopher Plummer w roli Parnassusa daje prawdziwy pokaz kunsztu. Niewiele ustępuje mu Tom Waits (Stary Nick). Świetnie wypada niebanalnej urody modelka Lily Cole w roli Valentiny (niebawem zobaczymy ją jako Alicję w Fantasmagorii Marilyn Mansona). No i Heath Ledger, Johnny Depp, Jude Law, Colin Farrel w kolejnych wcieleniach Tony'ego - to koniecznie trzeba zobaczyć!

Parnassus, reż. Terry Gilliam, Infinity Features Entertainment 2009

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Nowa Fantastyka 01/2010

W 2010 rok Nowa Fantastyka wchodzi w odmienionej szacie graficznej i pod nowym przewodnictwem, aczkolwiek bez oficjalnego nowego naczelnego. Stery po Pawle Matuszku przejęli Adrian Markowski (wydawca) i Kamil Śmiałkowski (zastępca redaktora naczelnego). Ze stopki dowiemy się ponadto, iż stanowisko zastępcy rednacza zachował Maciej Parowski. Nowy layout wywołał wiele dyskusji wśród stałych czytelników magazynu. Moim zdaniem wielkość czcionki i kolory tła nie mają większego znaczenia - ani nie spowoduje to masowego wysypu nowych fanów pisma, ani nie zniechęci dotychczasowych. Sądzę, że nie tylko dla mnie wciąż bardziej liczy się treść niż forma.

Okładka z Funkym i Brendą nie wzięła się znikąd - co prawda nie znajdziemy w środku nowych przygód słynnej pary, ale styczniowy numer otwiera obszerny artykuł panów Deptucha, Kaczanowskiego i Wiśniewskiego o dorobku polskich komiksiarzy za granicą. Nie tylko Rosiński to w miarę chyba kompletny przegląd rodzimych rysowników i scenarzystów obrazkowych historyjek, którym udało się zaistnieć w szerszym świecie. Artykuł w sam raz dla takich jak ja - z przyjemnością sięgających po komiksy, ale nie zainteresowanych na tyle, żeby śledzić biografie ich twórców.

Na następnych stronach, przy okazji premiery najnowszego filmu Gilliama, Łukasz Żurek zaprasza nas na krótką wyprawę poprzez dotychczasowe dokonania najbardziej znanego z Pythonów. Fajnie, że NF stara się trzymać palec na pulsie i na bieżąco informować nas o istotnych wydarzeniach ze świata szeroko pojętej fantastyki. Co prawda recenzji Parnassusa tu nie znajdziemy, ale polecam tekst wszystkim, którzy jeszcze filmu nie oglądali, zwłaszcza tym, którzy dorobek twórcy Brazil znają jedynie wyrywkowo.

W dziale recenzji przykuł moją uwagę głos Jacka Soboty o Awanturach na tle powszechnego ciążenia Tomasza Lema. Z chęcią sięgnę po tę książkę, pokazującą Mistrza z mniej znanej strony. Poza tym, Kamil Śmiałkowski zdołał dokonać czegoś nie do pomyślenia - zachęcił mnie do obejrzenia Adrenaliny2 (w przeciwieństwie do Łukasza Orbitowskiego, który, o dziwo, tym razem nie zachęcił mnie do Ginger2)

W styczniowym dziale literatury tryumfuje zagranica, i to pomimo faktu, że reprezentowana jest jedynie przez Ja, robot kanadyjczyka Cory'ego Doctorowa. Opowiadanie, w 2007 nominowane do nagrody Hugo, napisane w bardzo dickowskim stylu (z uwzględnieniem lekko naiwnych pretekstowych realiów), z fajnym głównym bohaterem i jego nieprzeciętnymi kłopotami z córką, byłą żoną, przełożonymi, tajnymi agentami i sztucznymi inteligencjami. Polecam.

Stoliczek Magdaleny Kozak miał być zabawnym, odświeżającym spojrzeniem na znaną bajkę o stoliczku, co sam się nakrywał. Cóż, kilka razy się uśmiechnąłem. Mistrz porad Sebastiana Imielskiego jako tzw. "opowiadanie z dreszczykiem" jakoś tam się broni, ale nie jest to tekst, który zostaje w głowie na dłużej. Do takiego pretenduje z pewnością Z braku dowodów Ewy Bury, zwyciężczyni literackiego konkursu NF. To najlepszy tekst z działu rodzimej literatury, ale nie jest wolny od wad. Opowiadanie ma jakąś zachwianą strukturę - interesująco rozpoczęte wątki umykają gdzieś po drodze, rozczarowuje nijak związane z otwarciem zakończenie. Poza tym, zupełnie nie przekonuje wizja bardzo, bardzo odległej przyszłości. Co więcej, zupełnie nie wiem, dlaczego autorka osadziła fabułę właśnie w takiej scenerii - moim zdaniem, nic to, do ciekawego skądinąd tekstu, nie wnosi.

Nowa Fantastyka 01/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

środa, 6 stycznia 2010

Dworzec Perdido

Dworzec Perdido Miéville'a oszałamia od pierwszych stron. Przede wszystkim bogactwem przedstawionego świata. Akcja powieści toczy się w New Crobuzon, mieście-molochu, usytuowanym w wymyślonym świecie Bas-Lag. Miasto zaludniają ludzie, mniej lub bardziej inteligentni obcy, zwierzęta, demony i inne istoty, w tym samoistnie powstała sztuczna inteligencja. Środowisko, w którym przyszło tym wszystkim bytom funkcjonować nie jest komfortowe - New Crobuzon to industrialne piekło, zapełnione śmieciami, trującymi wyziewami, przesiąknięte smrodem rozkładu i fekaliów. Piekło niemal dosłowne, gdyż życie większości jego mieszkańców, tłamszonych przez wszechobecną, skorumpowaną władzę, stłoczonych w etnicznych lub społecznych gettach, bardziej przypomina nieustanną walkę o przetrwanie niż stabilną egzystencję.

Poruszanie się po wymyślonym przez Miéville'a świecie przypomina podróż przez cudzy koszmar. Szybko orientujemy się, że mamy do czynienia jedynie z pozorami racjonalności - zasłony opadają zwłaszcza w zetknięciu z dziwaczną, opartą na parze techniką, czy też zaludniającymi ulice miasta Przetworzonymi, ofiarami okrutnej symbiozy magii i technologii. U mnie lektura Dworca Perdido przywoływała na myśl światy wykreowane przez francuskich autorów komiksów (Yodorowsky, Bilal). Nie wiem, czy Miéville czytał w młodości Obszar Marzyciela Jean-Pierre Huberta, ale to kolejne natrętne skojarzenie. Ciekawe jest to, że niektórzy mieszkańcy Bas-Lag zauważają dziwaczność świata, w którym przyszło im żyć - w pewnym momencie jeden z bohaterów zastanawia się na przykład nad genezą morfologii nieludzkich ras, z których chyba każda posiada jakiś zestaw ludzkich cech, będąc jednocześnie przekonana o naturalności swego pochodzenia.

Wszystko powyższe sprawia, że powieśc trudno zakwalifikować do któregokolwiek gatunku. Sam autor umieszcza ją w nurcie "New Weird", ale równie dobrze można ją określić jako steampunk czy fantasy. To oczywiście nie ma żadnego większego znaczenia - pichcąc swoją potrawę Miéville jak najbardziej świadomie sięgał po produkty z rozmaitych półek. Pozostaje pytanie, czy powstałą w ten sposób zupę da się jeszcze strawić?


Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Na poziomie fabularnym książka ociera się o banał. Mamy tu kilka wątków, od romantycznego, przez sensacyjny aż po społeczno-polityczny. Na pierwszym planie śledzimy międzygatunkowy związek głównego bohatera, nieco zwariowanego naukowca Isaaca Dan der Grimnebulina z Lin, artystką, przedstawicielką owadogłowych khepri. Oboje przyjmują intratne zlecenia, które stają się przyczyną poważnych kłopotów. Isaac, poszukując sposobu na przywrócenie możliwości latania pozbawionemu skrzydeł gharudzie (rasa inteligentnych dumnych drapieżców zamieszkujących odległą pustynię) uwalnia na świat śmiertelnie groźne Ćmy - wątek polowania na nie zajmuje w książce najwięcej miejsca. Wszystko to okraszone jest wywodami naukowymi, politycznymi, religijnymi, filozoficznymi, nie zawsze łatwymi do przetrawienia.

Wydaje się, że fabuła jest jedynie pretekstem do zobrazowania prawdziwego bohatera powieści, jakim jest samo New Crobuzon. Trzeba przyznać że Miéville maluje je bardzo sugestywnie, sprawia, że czytelnik naprawdę chodzi jego ulicami, chłonie jego kolory i zapachy. Trochę cierpią na tym inne aspekty książki - nawet pierwszoplanowym postaciom brakuje głębi, kierujące nimi motywy wydają się mało wiarygodne, zdarza się, że poszczególne wątki pojawiają się i gubią bez wyraźnego powodu. Niemniej, jeżeli ktoś da się wciągnąć w zaproponowane przez autora uniwersum, samo jego odkrywanie dostarczy wystarczająco wiele satysfakcji. Jeżeli jednak zacznie się analizować dylematy moralne bohaterów, można się mocno rozczarować.

China Miéville, Perdido Street Station, Wyd. Del Ray, 2001; China Miéville, Dworzec Perdido, tł. Maciej Szymański, Wyd. Zysk i S-ka, 2003