poniedziałek, 17 maja 2010

O czasowych paradoksach

Ponieważ byłem niedawno posądzany o pewną znajomość klasyki literatury fantastycznej, postanowiłem coś z tym fantem zrobić i postarać się choć trochę sprostać tej mocno naciąganej opinii. Z tej okazji pojawiła się na tym blogu kategoria "Klasyka", gdzie wylądują moje wrażenia z lektury pozycji zasługujących (moim zdaniem) na to miano. Będą to zarówno ksiażki, z którymi nigdy nie było mi dane się spotkać, jak i te, które, z różnych powodów, zdążyły się z mej pamięci ulotnić.

The Big Time Fritza Leibera należy zdecydowanie do tej pierwszej kategorii. Zapewne wszyscy miłośnicy fantastyki kojarzą nazwisko tego nieżyjącego już amerykańskiego autora. Starszym polskim czytelnikom przychodzi na myśl słynny Wędrowiec, młodsi rozpoznają go głównie jako twórcę cyklu fantasy o przygodach Fafryda i Szarego Kocura (który dla mnie okazał się mało strawnym posiłkiem, tak nawiasem). Przyczyna jest prosta - choć Leiber był prawdziwym kolekcjonerem nagród, nasi wydawcy jakoś go nie rozpieszczali. Na szczęście czasy, w których zagraniczną literaturę trzeba było szmuglować, dawno już minęły.

The Big Time, za którą autor otrzymał Hugo w zimnowojennym (co nie bez znaczenia) 1958 roku, to niezbyt typowa powieść z gatunku sf. Choć traktuje o podróżach w czasie, podróże w czasie w niej nie występują. Fabuła jest z pozoru prosta - kilkoro bohaterów, odizolowanych od wszechświata w ciasnej, zamkniętej przestrzeni, w dodatku z tykającą bombą atomową, próbuje zrozumieć sytuację, w której się znaleźli. Leiber, syn pary aktorów, stworzył tu psychodramę, która z powodzeniem mogłaby zmieścić się na teatralnej scenie. Tymczasem, dla kontrastu, tło opowieści, kreślone w dialogach i przemyśleniach narratorki, poraża rozmachem. Oto mamy wojnę dwóch stronnictw, zwanych Wężami i Pająkami, toczoną miliardy lat, na wielu światach, w której podstawową bronią są podróże w czasie i ingerencje w historyczne zdarzenia. Żołnierzami w Wojnie Zmian, są zwykli ludzie i nieludzie, wyrywani ze swych realiów i wykorzystywani przez istoty, o których nie wiedzą dosłownie nic. Żaden z bohaterów powieści nie zna motywów swoich mocodawców, więcej - nie wiadomo, jak wyglądają, czy pochodzą z przeszłości, czy też najodleglejszej przyszłości.

Oceniamy te fakty z mrówczej perspektywy młodej kobiety zatrudnionej w zawieszonej poza czasem niewielkiej stacji wypoczynkowej dla walczących na froncie weteranów. Greta jest jednocześnie pielęgniarką, hostessą, psychologiem, gejszą... Wykonuje swe zajęcie z zaangażowaniem, próbując odnaleźć sens w świecie chaosu, w którym przyszło jej funkcjonować. Nie jest to łatwe, bowiem rozchodzące się czasoprzestrzenne fale, będące skutkiem wojennych zdarzeń, zmieniają nie tylko fakty historyczne, ale także wspomnienia, osobowość, zakłócają emocje. Musi żyć ze świadomością, że każda kolejna batalia może przynieść zmiany, kończące jej egzystencję. W dodatku sytuacja wojenna nie wygląda najlepiej - konflikt narasta, a strony nie przebierają w środkach, nie cofną się nawet przed wykorzystaniem broni masowego rażenia w celu zmiany wyniku jakiejś bitwy w starożytnym Egipcie.

The Big Time okazała się bardzo satysfakcjonującą lekturą. Nieco trudną w odbiorze, za co mogę winić jedynie mój niedoskonały angielski (Leiber nie ucieka przed stylizacją, z chęcią odwołuje się do dziedzictwa światowej literatury, a i neologizmów się nie boi). Od jej powstania minęło ponad pół wieku, ale, choć takich ksiażek już się nie pisze, zupełnie się nie zestarzała. A może to ja się zestarzałem razem z nią...

Fritz Leiber, The Big Time, Orb Books, 2001

środa, 5 maja 2010

Przygoda z owcą

"Człowiek budzi się rano i wie, że ma w sobie owcę. To bardzo naturalne uczucie." Ten cytat z okładki Przygody z owcą doskonale oddaje klimat kolejnej już powieści Haruki Murakamiego, którą przeczytałem w tym roku. Popularny japoński pisarz buduje nastrój niesamowitości, czasem grozy, używając elementów, które zupełnie do tego nie pasują. Cóż bowiem nadaje się mniej do skonstruowania sensacyjnej fabuły z elementami horroru niż zwykła owca? No dobra, taka zwykła to ona jednak nie jest.

Z głównym bohaterem ksiażki zetknąłem się już przy okazji lektury Tańcz, tańcz, tańcz - teraz miałem okazję zapoznać się z wydarzeniami, które wspomina on w tamtej powieści. Przygoda z owcą zaczyna się nadzwyczaj spokojnie - przez pierwsze sto stron właściwie nic się nie dzieje, spotykamy i próbujemy polubić dwudziestokilkuletniego mężczyznę, przeciętnego - przynajmniej we własnym mniemaniu - mieszkańca Tokio. Potem na scenę wkracza wpływowa figura z potężnej mafijnej organizacji, która składa mu klasyczną propozycję nie do odrzucenia. Otóż ma on odszukać pewną szczególną owcę, uwiecznioną na fotografii, którą opublikował w jakimś folderze reklamowym. W tej kuriozalnej misji towarzyszy mu przyjaciółka z niezwykle pięknymi uszami o paranormalnych właściwościach...

Napisałem, że to książka sensacyjna? To gruba przesada - cały ten wątek poszukiwania owcy jest w zasadzie pretekstowy. Niestety nie potrafię precyzyjnie odpowiedzieć, do czego ma być on pretekstem. Sam główny bohater też nie traktuje całej sprawy zbyt poważnie - raczej daje się nieść wydarzeniom, niż próbuje nimi sterować. Wydawca w notce na tylnej stronie okładki porównuje Przygodę z owcą do filmów Kubricka i Lyncha. Ja też miałem filmowe skojarzenia, ale moje myśli biegły raczej w kierunku Brooklyn Boogie i Dymu Wanga. Pamiętacie te nie kończące się rozmowy o niczym? Powieść Murakamiego roi się od dialogów, które nie mają żadnego związku z fabułą, nie są też nośnikiem jakiś ważniejszych treści. Ani na pierwszy rzut oka, ani na drugi, ani nawet trzeci. Dodajmy do tego mnożące się opisy najzwyklejszych codzinnych czynności, takich jak gotowanie, sprzątanie i zabiegi higieniczne i macie już w miarę pełny obraz. Pewnie nie uwierzycie, ale czyta się to wszystko znakomicie.

Więc gdzie leży tajemnica sukcesu japońskiego pisarza? Moim zdaniem Murakami byłby przeciętnym twórcą czytadeł, gdyby nie jego znakomity dar obserwacji i równie dobre poczucie humoru. Po lekturze trzech książek mogę zaryzykować twierdzenie, że nie schodzi on poniżej poziomu, który na przykład taki Irving osiągał tylko w kilku najlepszych powieściach. Nie ukrywajmy, wciaż jest to rodzaj literackiego odśnieżania, dostarcza jednak duuużo przyjemności.

Haruki Murakami, Przygoda z owcą, tł. Anna Zielińska-Elliott, Wyd. Muza, 2008

niedziela, 2 maja 2010

Wszyscy jesteśmy Wikingami

Oprócz powszechnie znanych nieszczęść, bycie ojcem przynosi wiele bardziej lub mniej oczekiwanych darów. Doświadczyłem jednego z nich wczoraj, zapoznając się z najnowszym obrazem wytwórni DreamWorks Animation pod tytułem Jak wytresować smoka. Był to dar jak najbardziej nieoczekiwany, ponieważ spodziewałem się raczej serii średnio wybrednych, luźno ze sobą powiązanych gagów, czyli czegoś w rodzaju dalszych cześci Shreka, a dostałem najprawdziwsze kino.

Przygotowując się do napisania tej recenzji odkryłem, że twórcy filmu, Dean deBlois i Chris Sanders, oparli się na książce brytyjskiej pisarki Cressidy Cowell, wydawanej także w Polsce przez Amber. Nie przenieśli historii gamoniowatego Czkawki zbyt wiernie, ale wierzcie mi, wyszło im wspaniale.

Czkawka mieszka w Berku, zagubionej gdzieś na krańcu świata wiosce Wikingów. Łatwego życia nie ma, i to nie tylko dlatego, że mieszkańcy osady od pokoleń toczą śmiertelną walkę o przetrwanie ze smokami, trzebiącymi ich stada i niszczącymi ich domy. Chłopiec oddałby wszystko, żeby zostać pełnoprawnym członkiem społeczności i zasłużyć na względy uroczej Astrid, ale nie posiada wymaganej masy mięśni, ani serca do zabijania. Na pewno nie brak mu rozumu, tryska też pomysłami - co z tego, skoro co i rusz pakuje się przez nie w kłopoty. A to ostatnia rzecz, jakiej oczekuje Stoick Wielki, charyzmatyczny wódz Berku, jego ojciec. Zdesperowany Czkawka postanawia rzucić wyzwanie najgroźniejszej bestii ze smoczego katalogu - nieuchwytnej, przerażającej Nocnej Furii.

Jako przygodówka dla dzieci, film byłby mistrzem w swojej klasie. Ale twórcy poszli dalej. Opowiedzieli o trudnej przyjaźni, poświęceniu, odwadze, nie popadając przy tym w banalne schematy. Zamiast tanimi chwytami zmuszać małoletnich do rechotu, prawdziwie oddali skomplikowane relacje ojca i syna, rozpaczliwie szukających zrozumienia ponad sztywnymi regułami społeczności, która narzuciła im do wypełnienia określone role. Obowiązkowy happy end też nie jest banalny, bo żeby dokonać niemożliwego, trzeba być przecież przygotowanym na wielkie poświęcenie.

Jakby tego było mało, Jak wytresować smoka to również uczta dla oka. Efekty 3D wykorzystano na sposób Camerona - raczej tworzą wiarygodność świata, niż rzucają widzem w fotelu. Sceny lotu smoka chyba nawet przebijają te z Avatara.

W każdym razie, mój niespełna pięcioletni Skarb wyszedł z kina oczarowany. Z błyszczącymi oczyma, choć bardziej zamyślony niż uradowany. Trochę się bałem, czy wytrzyma te 100 minut, ale na mój niepokój o kondycję odpowiedziała zdziwionym "Przecież film był bardzo krótki..."

Jak wytresować smoka, reż. Dean deBlois, Chris Sanders, DreamWorks Animation 2010

wtorek, 27 kwietnia 2010

Nowa Fantastyka 04/2010

Do sprzedaży trafił majowy numer Nowej Fantastyki, a ja właśnie uporałem się z poprzednim. Prężący muskuły stwór z okładki podpowiada nam, że motywem przewodnim kwietniowej edycji pisma są mity. Nietrudno zgadnąć, że niedawna premiera Starcia Tytanów w reżyserii Louisa Leterriera ma z tym faktem wiele wspólnego.

Z twórczym wykorzystaniem mitologii starożytnych próbuje zmierzyć się Kamil Śmiałkowski w artykule Zeus i jego drużyna, stawiając przy okazji tezę, że popkultura siegała po dziedzictwo Greków zadziwiająco rzadko. To chyba dość ryzykowne twierdzenie, ale nie będę z nim polemizował. Można jednak łatwo stworzyć listę dzieł, które Kamil w swych rozważaniach pominął - zresztą spróbujcie sami, ze swej strony poleciłbym chociażby tetralogię Otherland Tada Williamsa.


Anna Kańtoch wzięła na warsztat równie interesujący temat. Tytuł jej eseju - "Fantastyczni spadkobiercy Chandlera" - mówi w zasadzie wszystko, pozostaje tylko gorąco polecić. Polecam też przegląd brytyjskich autorów tekstów humorystycznych, autorstwa Edyty Rudolf. Pratchett, Adams, Rankin, Holt - ciekawe, czy ktoś w Polsce odważy się pójść śladami tych twórców.

W dziale recenzji Jerzy Rzymowski, przy okazji nowego wydania Kronik Amberu, przypomina nam o tym nieśmiertelnym cyklu Rogera Zelaznego. Spośród innych omówień zwróciłem uwagę na tekst Rafała Śliwiaka o Najciemniejszej części lasu Ramseya Cambella. Jeżeli dotąd nie słyszeliście o tym brytyjskim autorze horrorów, to najwyższy czas zawrzeć bliższą znajomość. Aż trudno uwierzyć, że do tej pory rodzimi wydawcy jakoś nie zechcieli nam tego ułatwić.

W dziale recenzji filmowych Łukasz Żurek masakruje Percy Jacksona i jest chyba jeszcze bardziej bezwzględny ode mnie. Rozczarowana jest także Joanna Kułakowska Burtonowską Alicją w krainie czarów, a mnie nie rozczarowuje z kolei Łukasz Orbitowski. W każdym razie czytając jego felieton o Lake Placid Steve'a Minera bawiłem się znacznie lepiej niż przy seansie samego filmu.

Z mitów, choć innych, czerpie także Charles Stross w Nadgodzinach, najlepszym opowiadaniu numeru. Przyznaję, że autor pozytywnie mnie zaskoczył. Dotąd znałem go jedynie z Accelerado, które z trudem dawało się czytać z racji całkowicie niestrawnego stylu. Tu Stross przekazuje swą wigilijną przypowieść sprawnie, zajmująco i z humorem. Drugim godnym uwagi tekstem okazało się Plemię Nostradamusa Zbigniewa Wojnarowskiego. W notce o autorze Maciej Parowski pisze, że Wojnarowski "kwestionuje nie tylko śmierć człowieka, ale i jego tożsamość". Być może - przyznam, że przesłanie jakoś mi umknęło. W ogóle mam z tym autorem jakiś problem - bardzo lubię go czytać, ale też szczerze nie znoszę jego fabuł. Pewnie dlatego, że zbyt pretekstowo konstruuje swoje światy, nie zważając na ich wewnętrzną logikę.

Pozostałe trzy opowiadania oczywiście przeczytałem, jednak żadne nie przypadło mi do gustu, ani też nie rozdrażniło wystarczająco mocno, abym żałował straconego czasu. Bywa.

Na koniec zostawiłem mój brak komentarza do informacji, że kwietniowy numer Nowej Fantastyki był ostatnim, zredagowanym przez Kamila Śmiałkowskiego...

Nowa Fantastyka 04/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

piątek, 9 kwietnia 2010

Nieszczęścia chodzą stadami

Nie, tytuł nie jest o mnie - do kina wybrałem się sam i była to znakomita decyzja, dzięki której nie mam teraz wyrzutów sumienia z powodu narażenia osób trzecich na tak przykre doznania.

Zaczęło się od Legionu w reżyserii Scotta Stewarta. Historia współczesnej Maryi i Józefa, w czasach biblijnej apokalipsy, mogłaby wybrzmieć ciekawie, ale wyszedł gniot, przy którym nawet Księga Ocalenia wydaje się dziełem wartościowym. Morze głupoty wylewające się z ekranu zbliża się do światowych rekordów objętości i w dodatku nie jest to nawet śmieszne. Wszyscy aktorzy grają na poważnie. Naprawdę, momentami przykro było patrzeć na wysiłki takiego Dennisa Quaida. Całkowicie daremne, dodajmy, gdyż tej historii nikt nie byłby w stanie uratować - nie dość, że największym zagrożeniem dla przyszłej matki mesjasza jest sam Bóg, który postanowił raz na zawsze skończyć z rodzajem ludzkim, to okazuje się, że jedyna droga do ocalenia wiedzie przez wypowiedzenie Mu posłuszeństwa. Dodajmy do tych herezji hordę aniołów, którzy wcielają się w ludzi niczym agenci Matrixa, czyniąc z nich coś w rodzaju zombie i mamy to, na co zasłużyliśmy, nie czytając recenzji przed kupnem biletu.

Po hollywoodzkich zapasach z semicką mitologią, postanowiłem odzyskać siły na w miarę bezpiecznym terytorium mitologii greckiej. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo przecież Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna to ekranizacja popularnej książki, w dodatku tłumaczonej przez drakainę, a Chris Columbus udowodnił nie raz jeden, że filmy robić potrafi.

No cóż, tym razem mu nie wyszło. Zaczyna się sztampowo - zakompleksiony nastolatek odkrywa nagle, że nie jest wcale tym, za kogo się uważał. Nie dość, że jest półbogiem, synem samego Posejdona, to teraz musi walczyć o własne życie i ocalenie całego świata. Sztampowy jest także środek i, rzecz jasna, zakończenie. Percy (Logan Lerman) musi wyruszyć na wyprawę, w której wesprą go piękna Annabeth (Alexandra Daddario), córka Ateny, której dziewictwo, jak widać, jest tylko na pokaz i dzielny młody satyr Grover (Brandon Jackson). Ta trójka wypełnia swój quest, zdobywając po drodze kolejne artefakty i wykańczając kolejne mitologiczne stwory (skojarzenia z grą komputerową bynajmniej nieprzypadkowe) - Erynie, Hydrę, Meduzę (w tej roli piękna jak zawsze Uma Thurman - jeden z nielicznych sympatycznych akcentów filmu). Ach, zapomniałem wspomnieć o obozie szkoleniowym dla półbogów, gdzie w środku amerykańskiej puszczy młodzi wojownicy szkolą się w walce wręcz i strzelaniu z łuku pod okiem centaura Chirona (Pierce Brosnan). Konia z rzędem temu, kto powie mi, po co.

No dobra, były też jakieś plusy. Po pierwsze, Logan Lerman radził sobie z rolą i wypadł całkiem wiarygodnie. Po drugie, miałem wrażenie, że oglądam kolejny odcinek Xeny, więc było nawet sympatycznie. Niestety, czar pryskał, kiedy czarnoskóry satyr Grover zaczynał nawijać slangiem, jakby urodził się w dresie, ze złotym łańcuchem owiniętym wokół szyi. No i największy plus - sądząc po reakcjach publiczności, pozostałym widzom się podobało. Byli trochę młodsi ode mnie, ale pewnie to mnie nie tłumaczy. Ja przez cały czas zadawałem sobie pytanie "Co zrobiłby Dexter Morgan?"

Legion, reż. Scott Stewart, Bold Films 2010, Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna , reż. Chris Columbus, Fox 2000 Pictures 2010