wtorek, 28 czerwca 2011

Kod nieśmiertelności

Powtórzenie sukcesu debiutanckiego dzieła to niezwykle trudne zadanie dla każdego artysty. Upojenie licznymi pochwałami utrudnia obiektywną ocenę kolejnego utworu. Mało kto jest też w stanie sprostać oczekiwaniom i presji odbiorców. Większość utalentowanych twórców z czasem radzi sobie z kryzysem i w kolejnych próbach odzyskuje formę. Tego życzę Duncanowi Jonesowi, reżyserowi genialnego Moon, który Kodem nieśmiertelności, nie da się ukryć, zaliczył wpadkę.

Nie jest to może film tragicznie zły, którego w ogóle nie da się oglądać, ale też mój negatywny odbiór wcale nie wynika z nadmiernych oczekiwań. Zacznijmy od tego, że w Kodzie nieśmiertelności nie znajdziemy ani krztyny oryginalności. No dobrze, Moon też nie odkrywał Ameryki, ale przynajmniej zachwycał klimatem i grą aktorską. Tutaj mamy Gyllenhaala, który męczy się ze swoją rolą i partnerującą mu, płytką jak kałuża, Michelle Monaghan, do końca filmu pozostającą co najwyżej efektownym elementem scenografii.


Fabuła Kodu nieśmiertelności, dla średnio obeznanego fana fantastyki, pozostanie konsumpcją wielokrotnie odgrzewanego kotleta. Główny bohater, młody pilot wojskowego helikoptera, cofa się w czasie w to samo miejsce, aby rozgryźć zagadkę terrorystycznego zamachu, który wydaje się być zapowiedzią kolejnych, jeszcze tragiczniejszych zdarzeń. Już po kilku minutach orientujemy się, że misja kapitana Stevensa nie jest dokładnie tym, co usiłuje mu się wmówić. Niestety, naszemu bohaterowi, rozwikłanie wszystkich tajemnic zajmie znacznie więcej czasu. A obserwowanie akcji podążającej w kierunku łatwego do przewidzenia finału nie jest chyba tym, czego powinniśmy oczekiwać od porządnego filmu sensacyjnego.

Męczarnie uprzyjemnia widzom Vera Farmiga w roli kapitan Sił Powietrznych, nadzorującej misję. Niestety, nie wymagało to od niej więcej, niż należałoby oczekiwać od każdego zawodowego aktora, czyli nadania odgrywanej postaci pozorów autentyczności.

Podsumowując, jeżeli nie chcecie psuć sobie opinii o reżyserze jednego z lepszych filmów ubiegłego roku, Kod nieśmiertelności spokojnie sobie odpuśćcie. Jeżeli chodzi o mnie, to od jutra tego obrazu nie pamiętam.


Kod nieśmiertelności, reż. Duncan Jones, Vendome Pictures, The Mark Gordon Company, 2011

wtorek, 24 maja 2011

Droga

Jeżeli chcecie osobiście przekonać się o wielkości pisarstwa Cormacka McCarthy'ego, a nie poprzestać na, całkiem zresztą udanych, ekranizacjach jego prozy, to Droga może być całkiem niezłym punktem wyjścia. Muszę was jednak ostrzec. Jest to jedna z bardziej przygnębiających powieści, jakie kiedykolwiek stworzył człowiek, a razi z siłą rozpędzonego ekspresu.

Droga to opowieść o wędrówce ojca i syna w umarłym świecie po globalnej katastrofie. Od pierwszych stron wiemy, że na końcu tej drogi nie znajdziemy happy endu. Nie nadzieja na poprawę bytu pcha tę dwójkę do przodu, raczej odziedziczony po zwierzęcych przodkach instynkt przetrwania. Kurczowe trzymanie się życia nie wynika z kalkulacji - w świecie Drogi racjonalnym wyborem wydaje się śmierć. Takiego wyboru dokonała zresztą matka chłopca - ojcu po prostu brakuje na to siły.

Najbardziej przerażający w powieści McCarthy'ego jest jej realizm. Naprawdę trzeba przeżyć całe życie, żeby tak dobrze zgłębić naturę człowieka - Drogi nie mógłby napisać trzydziesto- ani nawet czterdziestolatek. Powiecie, że nie ma nic odkrywczego w tym, że niewiele potrzeba, aby zamienić człowieka w krwiożerczą bestię. To prawda. Ale ta powieść nie jest o tym. Nie jest o głodzie, chorobach, ukrywaniu się przed kanibalami. To powieść o tym, że w świecie pozbawionym przyszłości i przeszłości najbardziej niebezpieczne i przerażające są odruchy serca. O prawdziwej wartości uczuć, które odróżniają człowieka od zwierzęcia. W obnażaniu ludzkiej natury autor dotarł znacznie dalej niż Doris Lessing w znakomitym przecież Pamiętniku przetrwania. Żerań szuka w swojej recenzji analogii ze Zdążyć przed Panem Bogiem Krall i jest to chyba właściwy trop.

Prawdziwa siła Drogi nie kryje się zresztą w dantejskich scenach, lecz w słowach. Czytałem i słyszałem opinie, że McCarthy posługuje się tutaj prostym językiem. Nieprawda. To tak, jakby stwierdzić, że In a Silent Way Milesa Davisa to prosta muzyka. Bo mało na niej nut. Język McCarthy'ego, owszem, jest oszczędny, ale całe fragmenty Drogi można czytać jak poezję. Nie ma w niej zbędnych nut ani fałszywych dźwięków. Pod względem formy i doboru środków jest to arcydzieło godne swego Pulitzera. Podobno wiele z tego udało się zachować w tłumaczeniu, ale na pewno warto sięgnąć po oryginał.


Ekranizacji Drogi nie widziałem i oglądać nie zamierzam. Nie wierzę, że można tę książkę zobrazować lepiej niż namalował ją w mojej głowie sam autor.

Cormack McCarthy, The Road, Knopf Doubleday Publishing Group, 2009; Cormack McCarthy, Droga, tł. R. Sudół, Wydawnictwo Literackie, 2008

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Bitwa o Los Angeles

Nie ochłonąłem jeszcze w pełni po druzgocących przeżyciach związanych z jedną inwazją Obcych, a już wziąłem się za bary z następną falą kosmicznych najeźdźców. Na szczęście z Inwazją: Bitwą o Los Angeles w reżyserii Jonathana Liebsmana nie jest wcale tak źle.

Obcy atakują z rozmachem. Na pierwszy ogień idą największe miasta globu, a całkowite zaskoczone armie światowych potęg nie mają szans. Okazuje się jednak, że technologia najeźdźców nie jest aż tak zaawansowana, jak można by przypuszczać, a ich sprzęt wydaje się mocno sfatygowany i remontowany doraźnie niczym popularne "maluchy" w PRL. Tak więc niewielki oddział dzielnych marines zagubiony podczas nieudanej akcji w Santa Monica dostanie swoją szansę. Choć nasi marines wyglądają na bardziej wystraszonych niż dzielnych, przynajmniej na początku filmu. Do czasu aż najdzielniejszy z dzielnych sierżantów nie pozbiera ich do kupy i nie zagrzeje do boju obowiązkową patriotyczną przemową.

Zostawiając na boku psychologiczne płycizny, należy stwierdzić, że Bitwa o Los Angeles oferuje kilkadziesiąt minut solidnej batalistyki. Nie jest to może Helikopter w ogniu, ale wcale tak bardzo nie odstaje. Dobrze robi filmowi pomysł przedstawienia kosmicznej inwazji z perspektywy zwykłego żołnierza. I naprawdę nie jest ważne, że inspiracją dla Liebsmanna nie byli Nadzy i martwi Normana Mailera ale raczej gry komputerowe w rodzaju Resistance. Efekt jest naprawdę przyzwoity i pozwala przymknąć oko na liczne mankamenty tej produkcji. A niektóre są nawet całkiem zabawne - bo czyż nie można się nie uśmiechnąć na widok oddziału marines, ruszających do śmiertelnego boju z przeważającymi siłami wroga i powstrzymujących się od dosadnego słownictwa, aby przypadkiem nie zawęzić potencjalnego kręgu odbiorców filmu, w którym przyszło im wystąpić? I nie mam tu na myśli propagandowego filmu rekrutacyjnego amerykańskiej armii, choć łatwo się pomylić.

Więc nie znajdziecie tu wiarygodnych psychologicznie postaci, czy też pogłębionych refleksji nad okrucieństwem wojny. Film ten jest natomiast doskonałą ilustracją znanego wywodu Jacka Braciaka na temat różnicy między filmem polskim a amerykańskim.

Już na koniec - nie mogę się powstrzymać przed wyznaniem, że Aarona Eckharta nie lubię jak mało którego hollywoodzkiego aktora. Irytuje mnie i drażni niemożebnie. Ale tutaj, w roli sierżanta Nantza, prawie daję radę.

Inwazja: Bitwa o Los Angeles, reż. Jonathan Liebsman, Columbia Pictures, 2011

wtorek, 29 marca 2011

Nakręcana dziewczyna

Choć Paolo Bacigalupi napisał raptem dwie powieści i kilkanaście opowiadań, to na pewno już o nim słyszeliście. Chyba trudno byłoby znaleźć częściej nagradzanego ostatnio pisarza z kręgu twórców szeroko pojętej fantastyki. Zanim MAG wydał w jednym tomie jego debiutancką powieść i zbiór opowiadań, mieliśmy okazję przeczytać po polsku zaledwie kilka jego krótkich tekstów. Mimo to, Nakręcana dziewczyna, była chyba jedną z bardziej oczekiwanych pozycji z tegorocznej oferty wydawniczej. I nie bez powodu.

Mimo skromnego dorobku, Bacigalupi został już zaszufladkowany jako twórca tzw. fantastyki ekologicznej. Jeżeli weźmie się pod uwagę dominujące wątki w jego twórczości, trudno się z tą kategoryzacją nie zgodzić, choć osobiście mam tu kilka zastrzeżeń, o których piszę nieco dalej.

Nakręcana dziewczyna to ponura wizja przyszłości w świecie wyeksploatowanych surowców naturalnych, drastycznie ocieplonego klimatu, szalejących plag i powszechnego głodu. Mapa polityczna Ziemi została całkowicie przeobrażona, przetrwały nieliczne kraje, a władzę dzierżą bezwzględne korporacje mające monopol na produkcję genetycznie zmodyfikowanych upraw, odpornych na śmiertelnie groźne zarazy i pasożyty. Ludzkość walczy o przetrwanie, desperacko próbując uniknąć losu, który spotkał większość fauny i flory. Pojawili się Nowi Ludzie - hodowani w fabrykach,  wyspecyfikowani do wykonywania określonych prac niewolnicy. Nałóżmy na to wszystko rzetelny kawałek dalekowschodniej egzotyki i otrzymujemy naprawdę bardzo atrakcyjny produkt.

Tytułowa nakręcana dziewczyna to właśnie przedstawicielka Nowych Ludzi, niegdyś asystentka dyrektora japońskiego koncernu, teraz, porzucona na ulicach Bangkoku, zdana na łaskę właściciela podłego nocnego klubu,  w którym wykorzystywana jest w okrutnych, sadystycznych pokazach. Emiko jest jedną z wielu barwnych postaci, wykreowanych w powieści Bacigalupiego i jednym z wielu narratorów, których losy splatają się w skomplikowanej ekonomiczno-politycznej intrydze, która zdecyduje o przyszłości Tajlandii, jednego z nielicznych wolnych od wpływów kalorycznych korporacji krajów, jakie jeszcze pozostały na świecie.

Polityczna intryga jest wciągająca i niebanalna, ale równie interesujący jest w tej powieści ludzki wymiar. W zdegenerowanym świecie nastąpiło głębokie przewartościowanie. Wraz ze zmianą stosunków ekonomicznych, zmieniły się stosunki społeczne. Przyszłość stała się niepewna, więc ludzie egzystują z dnia na dzień, a wartość ich życia została zredukowana do ilości kalorii, jakie są w stanie dostarczyć do powszechnego obiegu. Świetnie obrazują to chociażby dramatyczne losy Hock Senga - przedsiębiorczego chińskiego uchodźcy z Malezji, prześladowanego wspomnieniami masakry, urządzonej jego rodakom przez religijnych fanatyków. Mamy również okazję spojrzeć na świat okiem "przeciwnej" strony - Andersona Lake'a, agenta potężnej korporacji, przybywającego do Królestwa Tajlandii z tajną misją zdobycia ukrytego banku nasion - bezcennego skarbu w świecie utraconej genetycznej różnorodności. Nie znajdziemy w powieści Bacigalupiego dobrych i złych ludzi. Wszyscy noszą w sobie skazę lub obciążający sumienie bagaż. W tej sytuacji sympatia czytelnika kieruje się przede wszystkim w stronę nakręcanki, która próbuje odmienić swój los, walcząc nie tylko z otaczającym ją okrucieństwem, ale też z narzuconymi przez jej twórców genetycznymi i behawioralnymi uwarunkowaniami. Emiko pełni  w książce rolę podobną do roli androidki Annalee Coll z filmu Obcy: Przebudzenie. Sama nie będąc w pełni człowiekiem, obnaża degenerację ludzkości w zdegenerowanym świecie przyszłości, z drugiej strony stanowiąc dla tej ludzkości nadzieję na odzyskanie człowieczeństwa.

Wbrew niemal powszechnej opinii recenzentów, nie jestem do końca przekonany, że Bacigalupi to piewca ekologizmu, a Nakręcana dziewczyna to jego propagandowa broszura, mająca  nas ostrzegać i wstrząsać naszymi sumieniami. W książce pojawia się postać naukowca Gibbonsa, genetyka-inżyniera z ogromnym kompleksem boga, który wprost wyraża pogląd, że człowiek jest częścią natury i zamiast walczyć ze skutkami jego działań, należy się po prostu zmienić i w ten sposób przystosować do nowego środowiska. Zaryzykuję pogląd, że Bacigalupiemu bardziej po drodze z tym poglądem niż z postawą idealisty Jaidee, rządowego funkcjonariusza, walczącego o zachowanie tradycyjnej niezależoności państwa. Trudno nie zauważyć, że Gibbons, choć nie bez przyczyny oskarżany o największe zbrodnie, cieszy się sympatią autora.  Być może zmiany są nieuchronne i albo się przystosujemy, albo podzielimy los dinozaurów.

Spróbujcie sami sobie odpowiedzieć na te wątpliwości po lekturze, którą z czystym sumieniem polecam. Bacigalupi, nie dość że tryska fantastycznymi pomysłami, to bardzo zgrabnie przelewa je na papier. W każdym razie oryginał czyta się łatwo i bez zgrzytów, co w pełni pozwala rozkoszować się wykreowanym światem. Palce lizać!

Paolo  Bacigalupi, The Windup Girl, Night Shade Books, 2010; Paolo Bacigalupi, Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć, tł. W.Próchniewicz, Wyd. MAG, 2011

wtorek, 8 lutego 2011

Skyline

Jeśli nie oglądaliście jeszcze Skyline, to możecie czuć się jak zwycięzcy na loterii, Ja widziałem film braci Strause kilka dni temu i do dzisiaj nie mogę się po tym doświadczeniu otrząsnąć.

W Skyline nie ma nic poza dłużyznami i efektami specjalnymi. Nie wiem, jak można nakręcić naładowany scenami akcji śmiertelnie nudny film o inwazji obcych z kosmosu, ale twórcom się ta sztuka udała. Jest tam jakaś fabuła - para młodych ludzi przylatuje do Los Angeles świętować urodziny kumpla i po hucznej imprezce budzi się w środku kosmicznej napaści. Mamy też wątki obyczajowe - ona jest w ciąży, on jest w szoku, a kumpel zdradza swoją dziewczynę. Od pierwszych scen wszyscy zachowują się jak kompletni idioci, żeby w końcu skończyć jako karma dla pożerających mózgi przybyszów. O zgrozo, dla pogłębienia efektu niektóre wyczyny bohaterów można obejrzeć w kilku powtórzeniach.

Skoro bracia Strause to znani specjaliści od efektów specjalnych (X-Meni, Terminator 3, 300 itd.), to pewnie warto Skyline obejrzeć dla efektów właśnie? Nic z tego. Wszystko to już widzieliśmy. Na przykład w Matrixie, skąd skopiowano bezczelnie pomysły na latające pojazdy Obcych.

Dłużej nie będę się znęcał. Szkoda czasu.

Skyline, reż. Greg Strause, Colin Strause, Black Mondey Film Services, 2010

wtorek, 25 stycznia 2011

Bramy Domu Umarłych

Półtora roku minęło od napisania recenzji Ogrodów Księżyca. To wcale nie oznacza, że tak długo trwała lektura drugiej części cyklu Stevena Eriksona. Z Bramami Domu Umarłych uporałem się zaskakująco szybko, biorąc pod uwagę objętość książki, choć nie była to lektura łatwa i przyjemna.

Nie zamierzam rozwodzić się tutaj nad fabułą. Dość powiedzieć, że kontynuuje ona  niektóre wątki rozpoczęte w pierwszej części Malazańskiej Księgi Poległych, choć akcja przenosi się na inny kontynent, a główne role przejmują w większości nowi bohaterowie. Siedem Miast, kraina podbita przez armie poprzedniego Imperatora, buntuje się w od dawna prorokowanym zrywie. Głównym wątkiem, osią fabuły, jest heroiczny marsz malazańskich uchodźców, osłanianych przez dziesiątkowane imperialne armie pod dowództwem wickańskiego generała Coltaine'a. Ze względu na hordy oszalałych z nienawiści rebeliantów, skrajnie nieprzyjazny klimat i niewyobrażalną odległość do pokonania, gromada uchodźców, przezwana Łańcuchem Psów, z góry skazana jest na porażkę, ale trwa i posuwa się naprzód, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu i logice.

Erikson znalazł prostą receptę na rozbudzanie emocji czytelników. Polega ona na tym, że swoich bohaterów stawia w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, jakie jest w stanie wymyślić. Ma to swoje konsekwencje, a mianowicie ci, którzy to wszystko przetrwają, stają się albo emocjonalnymi wrakami, albo nadludźmi. A ponieważ autor nie lubi rozstawać się z postaciami, do których się przywiązuje, kartki powieści zaludniają się szybko superherosami. Właściwie każdy z bohaterów Bram Domu Umarłych to albo supersprawny zabójca, albo genialny dowódca, albo niezwykle utalentowany mag. Jeżeli ktoś wydaje się w miarę normalny, to szybko okaże się, że albo tylko się wydaje, albo stanie się naczyniem dla jakiejś wyższej mocy. Dla jasności - nie twierdzę, że w książce brakuje spojrzenia na okrucieństwo wojny z normalnej perspektywy. Marsz Łańcucha Psów dostarcza ku temu wiele okazji. Na pierwszym planie mamy jednak bohaterów, z których praktycznie każdy posiada potencjał, aby samodzielnie wpływać na losy świata.

Oczywiście nie mogę się spierać z autorem, który taką a nie inną historię chciał nam przedstawić. Wszystko jest w porządku, dopóki nie przekracza granicy, za którą kryje się patos, a w większości przypadków mu się to udaje. Nie zawsze jednak - zdarzają się sceny, w której bohaterowie Eriksona przemawiają, zamiast rozmawiać, a fabuła zaczyna przypominać  zbiór mocno podkoloryzowanych legend. To ostatnie trudno jednoznacznie potępić, pamiętając o fakcie, że wszystko to dzieje się w świecie, w którym nawet bogowie bywają marionetkami w rękach potężniejszych sił.

Cóż, pamiętając o powyższych zastrzeżeniach, pozostało mi przyznać, że Bramy Domu Umarłych są książką  lepszą od pierwszej części cyklu, która była po prostu żołnierską opowieścią, wzorowaną na Czarnej Kompanii Glena Cooka. Erikson nie stracił daru opowiadania. Żaden z wielu równolegle prowadzonych wątków nie jest nużący, czy choćby irytujący.  Autor pokazał też, że ma duże ambicje. Biorąc pod uwagę bogactwo elementów, z których buduje swój wymyślony świat, boję się tylko, czy z tymi ambicjami nie przesadził. Przekonam się niebawem, sięgając po kolejne części Malazańskiej Księgi Poległych.

Steven Erikson, Deadhouse Gates, Paw Prints, 2008; Steven Erikson, Bramy Domu Umarłych, tł. M. Jakuszewski, Wyd. MAG, 2001

wtorek, 18 stycznia 2011

Polowanie na czarownice

Wybierając się na seans najnowszej produkcji z Nicolasem Cagem w roli głównej, nie miałem większych oczekiwań. Niestety, nie uchroniło mnie to od kolejnego rozczarowania. Zniósłbym jeszcze rozczarowanie ze strony tej jednej z najbardziej przepłacanych gwiazd Holywood, jednak Cage nie był tym razem najgorszym elementem filmu. Nawet mogę go skomplementować, bo chociaż grać się już nie nauczy, to przynajmniej ładnie się starzeje.

W Polowaniu na czarownice najbardziej szwankuje scenariusz. Zaczyna się nawet nie najgorzej. Dwóch zniechęconych  hipokryzją funkcjonariuszy Kościoła krzyżowców wraca do czternastowiecznej Europy, w sam środek szalejącej zarazy. Dezerterzy nie mają szczęścia - zdemaskowani, zostają obarczeni misją dostarczenia urodziwej czarownicy do odległego opactwa. Misja jest niebezpieczna, ale też niezwykle ważna - wiedźma jest oskarżona o wywołanie plagi i musi zostać poddana starożytnym rytuałom, które uwolnią świat zarówno od choroby, jak i samej wiedźmy. Powątpiewający w czystość intencji sług Bożych rycerz Behmen zgadza się pod warunkiem, że u celu dziewczynę czekać będzie uczciwy proces.

Gdyby reżyser w osobie Dominica Seny zdecydował się nakręcić film o prześladowaniach kobiet w mrocznych wiekach, pewnie dałoby się to jeszcze obejrzeć, chociażby dzięki niezawodnemu Ronowi Perlmanowi w roli Felsona, cynicznego druha Behmena. Niestety, z każdą kolejną sceną "Polowanie na czarownice" zamienia się w coś w rodzaju parodii Van Helsinga. Widok opętanych mnichów-ninja, biegających po suficie mrocznego opactwa pod koniec filmu wywołuje już tylko pusty śmiech. Dałoby się to wszystko zrozumieć, gdyby Polowanie... przeleżało na półce jakiegoś magazynu ze trzydzieści lat. Tak jednak nie było, więc pozostaje domniemanie, że to twórcy filmu przespali kilka ostatnich dekad. No, chyba że mają nas, widzów, za kompletnych idiotów.

Polowanie na czarownice, reż. Dominic Sena, Relativity Media 2010

czwartek, 23 grudnia 2010

Monsters

Wokół debiutanckiego filmu brytyjskiego dokumentalisty Garetha Edwardsa narosło sporo mitów. Jeden z nich - ten jakoby produkcja zamknęła się w kwocie 15 tysięcy dolarów  - powiela Łukasz Orbitowski w swoim felietonie z grudniowej Nowej Fantastyki. W istocie film kosztował kilkadziesiąt razy więcej, co sytuuje go w kategorii niskobudżetowych, acz na pewno nie amatorskich produkcji. Tak czy inaczej, to właśnie Orbit zachęcił mnie do obejrzenia Monsters, choć po lekturze recenzji cedroo chciałem już sobie tę przyjemność darować.

Akcja filmu toczy się sześć lat po katastrofie kosmicznej sondy z próbkami pozaziemskich form życia. Północna Ameryka zmieniła się radykalnie. Przypominający przerośnięte kalmary obcy radzą sobie w ziemskich warunkach na tyle dobrze, że połowa Meksyku zamienia się w zamkniętą strefę, a na granicy ze Stanami Zjednoczonymi wyrasta gigantyczny mur. Uporczywą walkę z niechcianymi gośćmi toczą amerykańskie bombowce -  przelatujące z hukiem bojowe maszyny to stały element krajobrazu po drugiej stronie muru. Podobnie jak ich wraki i obrócone w ruinę miasta.

W ten ponury świat wkraczamy wraz z Andrew i Samanthą. On jest amerykańskim fotografem, dokumentującym rozgrywającą się wokół tragedię, nie bez nadziei na godziwy zarobek. Ona jest córeczką medialnego magnata, przypadkową ofiarą jednego z ataków obcych stworów. Spotykają się nieprzypadkowo - tatuś panienki praktycznie zmusza pana fotografa do odeskortowania dziewczyny do kraju. Oboje nie są zachwyceni pomysłem, ale wspólna podróż będzie doskonałą okazją do przełamania początkowej niechęci.

Tak przynajmniej powinno być, gdyby Monsters okazał się filmem, który próbuje nam się sprzedać na reklamowych posterach i w zwiastunach, czyli kolejną produkcją z gatunku survival horror. Uwaga, zdradzam sekret i jednocześnie ostrzegam - to bezczelne oszustwo - w istocie mamy do czynienia z kinem obyczajowym, w którym elementy sf znalazły się chyba tylko przez przypadek, a horroru nie ma prawie wcale. Zbyt wiele akcji zatem nie doświadczymy, ale w warstwie obyczajowej trochę się dzieje. Nasi bohaterowie są głęboko nieszczęśliwi i znajdują się o krok od spieprzenia sobie życia na dobre. Andrew nie radzi sobie z miłością do syna, przed którym, z woli byłej partnerki, musi udawać wujka. Samantha nosi na palcu pierścionek zaręczynowy otrzymany od mężczyzny, z którym praktycznie nic jej nie łączy. Szybko uświadamiają sobie, że ich spotkanie niesie niespodziewaną szansę na wyrwanie się z beznadziei, nie znajdują jednak odwagi, aby uczynić niezbędny gest. On dręczony będzie poczuciem winy za bezmyślny czyn, w wyniku którego nie wejdą na pokład ostatniego promu i zmuszeni będą do odbycia niebezpiecznej wyprawy przez zakazaną strefę; jej trudno będzie wyjść z roli posłusznej córeczki.

Whitney Able i Scoot McNairy bardzo dobrze wypadają w rolach dwojga nieszczęśników, jak na zawodowych aktorów przystało. Większość ról drugoplanowych reżyser obsadził naturszczykami, którzy nie radzą sobie zupełnie, co, paradoksalnie, nadaje filmowi pozory autentyczności. Sprzyjają temu również wyjątkowo długie ujęcia i śladowa ilość dialogów. W rezultacie często możemy odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z dokumentem i zapewne nie jest to wrażenie przypadkowe. Mocną stroną filmu są zdjęcia w naturalnych plenerach  - śmiesznie małym nakładem środków Edwardsowi udaje się uzyskać efekt, który dużym wytwórniom pochłania miliony.

Mój główny zarzut do tego filmu to zupełnie niepotrzebne mieszanie do fabuły obcych. Jeżeli chodziło o banalny i prostacki przekaz na temat, kim tak naprawdę są tytułowe potwory, to szkoda było zachodu. Co więcej, sprzedawanie Monsters jako kina sf czy horroru to klasyczny strzał w stopę. Miłośnicy akcji i mocnych wrażeń wyjdą z seansu bardzo rozczarowani, a widzowie, którym film mógłby się podobać, nigdy na niego nie pójdą. Ja zachęcam, choć bez wielkiego entuzjazmu. 

Monsters, reż. Gareth Edwards, Vertigo Films 2010

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Nowa Fantastyka 12/2010

Miło mi donieść, że lekturę grudniowego numeru Nowej Fantastyki mogę z czystym sumieniem polecić. Zwłaszcza, że stało się to za sprawą bardzo przyzwoitej prozy, która znalazła się na jego łamach. Wiem, że wielu fanów czekało na zapowiadany tekst Jakuba Nowaka. Dominiczka mówi: spełnia te nadzieje, choć nie jest opowiadaniem pozbawionym wad. To bardzo sprawnie napisana historia z gatunku cyberpunka, osadzona w polskich realiach nieodległej przyszłości. Malutki minus stawiam temu tekstowi właśnie za te realia - dla mnie niezbyt wiarygodne. Ocenę obniżam też za bohaterów, do których jakoś nie zdołałem zapałać sympatią. Ale podobały mi się fabularne rozwiązania, pogmatwane relacje rodzinne głównych postaci i sam pomysł.

Celnik z Dover Krzysztofa Piskorskiego to z kolei steampunk, umiejscowiony w alternatywnej rzeczywistości imperialnej Anglii. Szkatułkowa opowieść o budzącym grozę pogromcy przemytników rozwija się interesująco mniej więcej do połowy, potem gubi rytm, aby doczłapać się do w miarę satysfakcjonującego końca.

Dział prozy zagranicznej wypełniają dwa opowiadania Orsona Scotta Carda z uniwersum Endera. W Więzieniu Mazera poznajemy samotnego, mknącego przez międzygwiezdną przestrzeń admirała Rackhama, borykającego się z widmami przeszłości i ciężarem nieuniknionej przyszłości. W zdalnym starciu zmęczonego weterana z młodym porucznikiem Graffem narodzą się podwaliny Szkoły Bojowej. W Oszuście spotkamy z kolei utalentowanego pięciolatka, który pozna smak dorosłości, próbując sprostać  wygórowanym ambicjom swego ojca. Może nie jest to proza najwyższych lotów, ale z pewnością trafi w gusta miłośników cyklu.

W odchudzonym dziale publicystyki znajdziemy wywiad z samym Cardem. Może to kwestia grzecznych pytań Joanny Kułakowskiej, ale nie spodziewajcie się po tej rozmowie rewelacji. Ciekawostką było dla mnie wyznanie Carda, że czyta więcej fantasy niż sf, gdyż na polu tej pierwszej dzieje się teraz więcej ciekawych rzeczy. Nie ma też nic odkrywczego w eseju Świat Endera, autorstwa Bartosza Szczyżańskiego, ale dla niewtajemniczonych będzie on w miarę dobrym przewodnikiem po świecie ludzi, formidów i prosiaczków.

Łukasz Orbitowski interpretuje tym razem Monsters Garetha Edwardsa i czyni to tak, że naprawdę chce się obejrzeć. Pewnie się skuszę.

Nowa Fantastyka 12/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

środa, 1 grudnia 2010

Rzycie po życiu

To już trochę odgrzewany kotlet, ale nie mogłem się powstrzymać przed podzieleniem się wrażeniami po obejrzeniu czwartej części Resident Evil. Jest jakaś magia w tych beznadziejnych hollywoodzkich ekranizacjach gier komputerowych, które, choć przynoszą wyłącznie rozczarowanie, to wciąż przyciągają przed ekran. Resident Evil: Afterlife nie jest mistrzem w swej specjalnej klasie, ale przynajmniej nie udaje czegoś, czym nie jest - twórcy filmu nawet nie usiłują markować, że należy w ich dziele doszukiwać się sensu.

Co więc dostajemy w zamian? Półtorej godziny efektów specjalnych, kopaniny, strzelaniny i rąbaniny. Okraszonych widokami zgrabnych kończyn Milli Jovovich. W zbożnym dziele dostarczania widzom wrażeń estetycznych towarzyszy jej Ali Larter, czyli Claire Redfield z RE: Extinction, mnie bardziej znana jako Niki/Jessica Sanders z Herosów. I o tym właśnie jest ten film - o zgrabnych panienkach w typowo męskich rolach, próbujących przetrwać w skrajnie nieprzyjaznym post-apokaliptycznym świecie.

Trochę skłamałem. Jakąś fabułę dostajemy - Milla Jovovich, czyli Alice, wraz z grupką ocaleńców, próbuje dotrzeć do Arkadii, ostatniej ostoi cywilizacji jaką znamy. Na drodze stoi tłum zmutowanych zombie i agenci złowrogiej korporacji Umbrella, o której nie dowiemy się wiele więcej ponad to, że jest złowroga właśnie. Wygląda na typowy survival horror, tyle że RE: Afterlife to nie horror, ale komedia. Chyba. Twórcy filmu od pierwszych scen próbują nas zabawić nawiązaniami do najwybitniejszych osiągnięć popkulturowej kinematografii i telewizyjnych seriali; od Matrixa po ekranizację Władcę Pierścieni. Możemy pośmiać się z niedwuznacznych aluzji do Alienów, CSI Miami, Skazanego na śmierć i wielu innych.

Uczciwość nie pozwala mi doszczętnie zjechać tego filmu, bo bawiłem się na nim całkiem nieźle. Z drugiej strony, sumienie nie pozwala mi go polecić. Nie warto, nawet dla Milli Jovovich, albo efektów 3D (Afterlife był kręcony w tej technologii, nie są one wynikiem późniejszej konwersji). No, chyba że ktoś chce się dowiedzieć, po co samotnej dziewczynie jednodolarówki - wtedy koniecznie powinien obejrzeć.

Resident Evil: Afterlife, reż. Paul W. S. Anderson, Constantin Film 2010

piątek, 19 listopada 2010

Miasto i miasto

Wydana w ubiegłym roku powieść Chiny Miéville’a nie rozpoczyna się jak film Hitchcocka. Porzucone zwłoki brutalnie zamordowanej młodej kobiety nie wydają się zapowiadać nadzwyczajnych zdarzeń w życiu inspektora Tyadora Borlú. Dopiero z czasem rutynowe śledztwo zaczyna przeradzać się w coś znacznie bardziej poważnego. Borlú, funkcjonariusz Brygady Najpoważniejszych Zbrodni z miasta Besźel, zdaje sobie sprawę, że zabrnąwszy zbyt daleko w poszukiwaniu prawdy, sam może stać się ofiarą potężnego spisku. Kiedy okazuje się, że sprawa ma międzynarodowy zasięg, musi udać się do Ul Qomy, aby kontynuować dochodzenie wraz z przedstawicielem lokalnej milicji.

Z powyższego opisu można by wywnioskować, że Miéville porzucił fantastykę, aby spróbować sił na gruncie klasycznego czarnego kryminału. Byłaby to najprawdziwsza prawda, gdyby nie jeden mały drobiazg. Otóż choć Besźel i Ul Qomę, niewielkie miasta-państwa leżące w nie do końca określonym regionie współczesnej Europy, dzieli niemal wszystko – język, kultura, architektura, ustrój, obyczaje, moda czy kuchnia – to mają jedną wspólną cechę. Zajmują ten sam obszar geograficzny. Dokładnie ten sam. Niektóre ulice, parki, domy stanowią część wspólną; inne funkcjonują wyłącznie na terytorium jednego z państw. Co więcej, ich mieszkańcy, choć żyją obok siebie, uczą się ignorować to wszystko, co nie znajduje się w ich kraju. Dotyczy to nie tylko ludzi, ale też zabudowań, pojazdów, a nawet dźwięków i zapachów. Ugruntowane przez stulecia tabu jest tak silne, że obywatele Besźel i Ul Qomy naprawdę nie dostrzegają tego drugiego świata w stopniu większym niż wymagany do bezkolizyjnego poruszania się. Oczywiście zdarzają się nieświadome lub świadome naruszenia, zwane tu Przekroczeniem, na przykład wypadki komunikacyjne, ale nad wszystkim czuwa tajemnicza, budząca grozę organizacja zwana Przekroczeniówką, która skutecznie interweniuje, przywracając w miastach porządek, a winnych surowo karząc.

Na pierwszy rzut oka pomysł wydaje się karkołomny, ale autor przyłożył się do swojej pracy, inteligentnie i niezwykle konsekwentnie konstruując przedstawiony świat. W każdym razie ja nie znalazłem w nim niespójności. Być może było mi go łatwiej zaakceptować, bo wciąż pamiętam system, w którym ludzie udawali, że płacą tym, którzy udawali, że pracują, którzy z kolei udawali, że mogą za zarobione w ten sposób pseudopieniądze kupić coś w sklepach, w których sprzedawcy udawali, że coś sprzedają. I do dziś można spotkać się z opiniami, że to działało.

Opisując wrażenia z lektury The City & The City nie ucieknę od porównań z Dworcem Perdido. Książki te łączy nadspodziewanie wiele, choć dotyczy to raczej warstwy warsztatowej, a także przenikających do treści politycznych zainteresowań autora. W obu powieściach fabuła jest raczej pretekstem dla przedstawienia oryginalnego pomysłu na świat, choć w Mieście i Mieście sensacyjna intryga wciągnęła mnie znacznie bardziej i utrzymała w napięciu aż do satysfakcjonującego finału. Podobnie jak w Dworcu Perdido,  bohaterowie pozostają na drugim planie. Dotyczy to nawet Borlú, który nie wyrasta ponad rolę kolejnego wcielenia nieśmiertelnego chandlerowskiego detektywa. Widać jednak wyraźnie, że przez te kilka lat Miéville dojrzał jako pisarz – nowsza powieść pisana jest z większą konsekwencją, brak w niej niepotrzebnych wątków czy przesadnie drobiazgowych opisów. Wątki polityczne, choć wciąż silnie obecne, są bardziej stonowane – autor nie zajmuje jednoznacznego stanowiska, nie prowadzi propagandy.

Mogę sobie wyobrazić, ile pracy włożył Miéville w to, aby nadać bliźniaczym miastom wiarygodności. Pomijam już wymyśloną od podstaw kulturę, czy język - Besźel i Ul Qoma, przy całej swej niesamowitości, umiejscowione zostały we współczesnych realiach. Oba państwa funkcjonują w naszym świecie i choć turyści muszą przejść specjalny kurs i zdać egzamin, aby otrzymać wizę, to ich mieszkańcy mogą przerzucać się cytatami z popularnych holywoodzkich superprodukcji, buszować po Internecie, albo zaczytywać się w Harrym Potterze.

Wiele wybitnych fantastycznych książek opartych jest na jednym pomyśle. Czasem ten pomysł jest tak świetny, że wybaczamy autorowi inne niedociągnięcia. Miéville stworzył dzieło oryginalne i zarazem bardzo dobre literacko. Jak dla mnie jest to książka roku, choć brakuje jej trochę do Związku Żydowskich Policjantów, którym zachwyciłem się w roku ubiegłym.

China Miéville, The City & The City, Wyd. Pan Macmillan, 2010; China Miéville, Miasto i Miasto, tł. Michał Jakuszewski, Wyd. Zysk i S-ka, 2010

poniedziałek, 8 listopada 2010

Nowa Fantastyka 11/2010

Tematem przewodnim listopadowego numeru Nowej Fantastyki jest literatura sf znad Sekwany. Jej omówienie znajdziemy w przeglądowym artykule Meddy Linger (Vive le Fantastique!), z którego dowiemy się, że Francuzi roszczą sobie prawo do pierwszeństwa w gatunku (Cyrano de Bergerac i jego Historia komiczna państw i imperiów Księżyca). Francuzi mają swoje osiągnięcia na polu literatury fantastycznej, ale jeżeli zaprezentowana w bieżącym numerze próbka ich współczesnej twórczości jest reprezentatywna dla całości, to należy ze smutkiem stwierdzić, że było to dawno i nieprawda.

Haska i Stachowicz piszą o ekranizacjach prozy Juliusza Verne'a. Czynią to, jak zwykle, zajmująco i z szacunkiem dla faktów. Dział publicystyki kończy artykuł Pawła Deptucha o Żywych trupach. Artykuł zapowiada premierę serialu, powstałego w oparciu o tę popularną komiksową serię Roberta Kirkmana. Warto jeszcze odnotować powrót na łamy pisma Galaktycznego gońca.

Reszta numeru należy do Łukasza Orbitowskiego. Orbit nie zawiódł w swoim felietonie, w którym z pasją pisze o japońskich horrorach i nie tylko, ale przede wszystkim ozdobił listopadowe wydanie prawdziwą perłą, jaką jest Noc Sobowtórów. Opowieść o tajemniczej kamienicy, skrywającej się w warszawskim Parku Skaryszewskim i jej jeszcze bardziej tajemniczych mieszkańcach, jest chyba najlepszym polskim opowiadaniem, jakie zdarzyło mi się czytać w tym roku. Rzecz utrzymana jest w konwencji horroru, a traktuje o sprawach naprawdę ważnych, takich jak poszukiwanie szczęścia i sensu życia. Czyta się świetnie, od pierwszego do ostatniego akapitu; opowieść nie gubi rytmu mimo niestandardowego stylu, budującego nastrój dziwności i grozy. Fajnie i prawdziwie opisane są relacje rodzinne głównego bohatera. Cóż więcej dodawać - gorąco polecam!

Nie wspominałem o Funkym Kovalu, ale to dlatego, że drugi odcinek nie wnosi do fabuły nic nowego. Z działu recenzji wyłowiłem interesujący tekst o Mieście i Mieście Mieville'a, którą to powieść sam zacząłem właśnie czytać, oraz bardzo krytyczny artykuł o przeróbce Przedwiośnia, której dopuścił się Kamil Śmiałkowski.

Nowa Fantastyka 11/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

sobota, 30 października 2010

Palimpsest

Palimpsest to rękopis spisany na papierze, z którego usunięto poprzedni tekst. Palimpsest to tytuł znakomitej powieści amerykańskiej poetki i pisarki Catherynne M. Valente, wydanej przez MAG w cyklu Uczta wyobraźni. Palimpsest to magiczne miasto, które jest bohaterem tej powieści. Miasto równie prawdziwe jak każde istniejące w naszym świecie, choć odwiedzić je można tylko we śnie, wyłącznie od zmierzchu do świtu.

Ale nie jest to dane każdemu. Aby dotrzeć do Palimpsestu, należy posiąść odpowiednią mapę. Aby zaś tego dokonać, należy uprawiać seks z osobą, noszącą na skórze wytatuowany fragment miasta. Znamię Palimpsestu rozprzestrzenia się jak wirus przenoszony drogą płciową, wiec jeżeli ktoś trafi tam choćby raz, pozostanie naznaczony na całe życie.

Palimpsest to magiczne miejsce, ale nie znajdziemy tam magii, która manifestuje się w huku błyskawic - działa ona subtelniej, ukrywa się w zestawie dziwnych reguł, które tam panują. Jedną z nich jest zasada, że przybysze z naszego świata zjawiają się najpierw w gabinecie wróżki, która spaja ich niewidzialną choć niezwykle silną więzią, zawsze czwórkami. Powieść Valente opowiada losy członków jednej z takich czwórek - pszczelarki November, pracownicy japońskich kolei Sei, młodego ślusarza Olega i włoskiego introligatora Lodovica. Wszyscy czworo są nieszczęśliwi, zagubieni i przeżywają utratę bliskich - co zresztą każe przypuszczać, że Palimpsest jednak nie wybiera swoich gości przypadkowo. I nie może być inaczej, gdyż miasto w niczym nie przypomina typowej wymarzonej krainy - jest dziwne, mroczne, bardzo niebezpieczne, a obcy na każdym kroku doznają w nim upokorzeń. A jednak wracają, szukają nowych dróg, ryzykując seks z każdym dotkniętym niezmywalnym piętnem ulic Palimpsestu. Gotowi są zapłacić niemal każdą cenę, żeby zamieszkać w nim na stałe.

Nie dajcie się zwieść pokusie zbyt łatwej interpretacji książki Valente. Można pomyśleć, że Palimpsest jest dla czwórki bohaterów wybawieniem - przyjmie ich, wymaże ich nieszczęsną egzystencję i pozwoli nakreślić ją na nowo. Moim zdaniem jest dokładnie na odwrót - miasto, okaleczone niedawną wojną, chwieje się na granicy społecznej katastrofy. Jest jak kocioł pod parą, pozbawiony wentylu bezpieczeństwa. Aby przetrwać, potrzebuje świeżej krwi - imigrantów, który wymażą powojenne blizny i uleczą jego zranioną duszę. Aby tego dokonać, November, Sei, Oleg i Lodovico będą najpierw musieli odnaleźć się i połączyć w naszym świecie. I zapłacić bolesną cenę.

Warto wspomnieć o stylu, jakiego użyła Valente do napisania Palimpsestu Jest to język naładowany epitetami, niezwykle bogaty i barwny. Chyba jedyny, który byłby w stanie oddać rozmach i oryginalność wykreowanego przez nią świata. Taki styl zbliża się do granicy, za którą czai się patos, ale Valente, autorka wielu tomów poezji, świetnie panuje nad słowami. Świadoma swego talentu, nie boi się ryzyka, a takim jest niewątpliwie nagromadzenie scen seksu, od pełnych namiętności uniesień, po mechaniczne, rytualne akty, całkowicie podporządkowane celowi, jakim jest kupno biletu do miasta z krainy snów. Chylę przed tym talentem czoła i kłaniam się nisko, przekazując też wyrazy uznania polskiemu tłumaczowi, który to wszystko udźwignął.

Catherynne M. Valente, Palimpsest, tł. Wojciech Szypuła, Wyd. MAG, 2010

piątek, 8 października 2010

Nowa Fantastyka 09,10/2010

Dwa najnowsze numery Nowej Fantastyki przeczytałem jeden po drugim. Poszło gładko, choć zawartość, tradycyjnie już, nieco rozczarowuje. Być może powinienem zweryfikować swoje oczekiwania, bo na podstawie moich omówień ktoś może pomyśleć, że toczę jakąś wojnę z redakcją, a przecież jest wręcz przeciwnie - nie przestanę kibicować memu ulubionemu pismu do ostatniego numeru. Albo do końca świata.

Do rzeczy. Wrześniowy egzemplarz przesiąknięty jest tematyką wojenną. I diabelską. Analogie między tymi dwiema widać chociażby w przeglądzie komiksowych piekielników pióra Przemysława Pieniążka (Piekło jest we mnie) oraz, bardziej dosłownie, w eseju Piekielne wojny Michała Wiśniewskiego, udowadniającego ścisłe związki konfliktów zbrojnych z fantastyką. Tradycyjnie już, ozdobą działu publicystyki jest artykuł duetu Haska/Stachowicz, tym razem biorących na warsztat mało u nas znane dokonania pisarzy, inspirowanych wojennymi wydarzeniami końca XIX i pierwszej połowy XX wieku. Szczególnie interesujące wydają się tu katastroficzne wizje Wielkiej Brytanii, podbijanej przez Niemców, Francuzów lub kosmitów.

Z prezentowanej we wrześniowym numerze prozy warto zwrócić uwagę na Wojnę piekieł Grzegorza Sendy. Autor dorobił się własnego, bardzo interesującego stylu, będącego świetnym nośnikiem dla nagromadzonych w jego tekstach emocji. Nie wszystkim jednak zamieszczona opowieść przypadnie do gustu. W mojej opinii szkodzi jej nadmiar wątków - postapokaliptyczna wojna, ocierające się o magię technologie, totalitaryzm, polski nacjonalizm, kochankowie, szpiedzy, spiskowcy, podróże w czasie, a nawet kontakt z pozaziemską inteligencją - zdecydowanie tego za wiele. Nie wykluczam, że tekst okazał się dla mnie za trudny i nie odczytawszy większości znaczeń, nie zrozumiałem po prostu, o co w tym wszystkim chodzi. Z zagranicznych autorów lepiej spisał się Edward M. Lerner w opowiadaniu Obcy w raju. Rzecz toczy się w odległej przyszłości, kiedy przedstawiciele ludzkiej cywilizacji próbują reintegrować podupadłe kolonie, zakładane na wielu światach przez swych odległych przodków. To pozbawione stylistycznych i koncepcyjnych fajerwerków, kameralne opowiadanie w starym, dobrym stylu złotych lat science fiction.

Październikowy numer zdominowany został zapowiadanym od dłuższego czasu powrotem Funky'ego Kovala. Powrót to, w mojej opinii, mało udany. Rozczarowują przede wszystkim ubogie w szczegóły kadry, czasem trudne do rozpoznania postacie głównych bohaterów (Brenda!) i nachalnie sprzedawane polskie wątki. To ledwie cztery początkowe strony, więc jeszcze nie tracę nadziei...

Publicystyka w tym numerze właściwie nie istnieje, poza tekstem Pawła Deptucha o komiksowych horrorach. Horror zamknięty w kadrach to bardziej analiza potencjalnych możliwości obrazkowego medium w straszeniu odbiorców niż prosty przegląd najlepszych dokonań gatunku.

Z opowiadań najbardziej przypadł mi do gustu Powrót kmiecia Anny Brzezińskiej. Nie jest to proza wybitna, ani odkrywcza, ale na pewno bardzo sympatyczny i relaksujący powrót do świata wioskowej wiedźmy, Babuni Jagódki. Godna polecenia jest Pajęcza matnia Kealana Patricka Burke'a, amerykańskiego autora horrorów; problem jedynie w tym, że opowieść o samotnym i nieszczęścliwym pensjonariuszu domu starców nie jest fantastyką. Nie poczują się też rozczarowani czytelnicy Słabego Paula L. Mathewsa. To z kolei pełna okrucieństw i przemocy miłosna opowieść rozgrywająca się w pełnej magii, alternatywnej bądź postapokaliptycznej rzeczywistości.

W dziale recenzji znalazłem interesujące omówienie Portretu Doriana Graya w reżyserii Olivera Parkera. Jerzy Rzymowski sugeruje w nim, że z filmu, a także z różnic między obrazem a ksiażkowym pierwowzorem, więcej dowiemy się o naszej współczesności niż o przekraczaniu moralnych granic. Poza tym, pan Jerzy zachęcił mnie również do zapoznania się z Palimpsestem - powieścią Catherynne M. Valente, wydaną przez MAG w serii Uczta wyobraźni - a Łukasz Orbitowski zniechęcił do oglądania horroru Burning Bright Carlosa Brooksa. Ale przecież nie dla polecanek czytamy z zapartym tchem teksty Łukasza...

Nowa Fantastyka 09/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010; Nowa Fantastyka 10/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

środa, 22 września 2010

Maszyna różnicowa

Co by było, gdyby angielskiemu matematykowi, Charlesowi Babbage'owi, udało sie dokończyć budowę maszyny różnicowej? Gdyby następnie rozwinął i urzeczywistnił swój projekt maszyny analitycznej? Jak zmieniłby się świat, gdyby w połowie XIX wieku wiktoriańska Anglia wkroczyła w erę informatyzacji? Odpowiedzi na te pytania próbują udzielić William Gibson i Bruce Sterling w swojej słynnej Maszynie różnicowej - powieści, która zrodziła steampunk, a przynajmniej przyniosła temu nurtowi niezwykłą popularność.

Przyznam się ze wstydem, że zakończona właśnie lektura była moim pierwszym kontaktem z tą książką. Zawdzięczam go naszemu nieudanemu steampunkowemu wyzwaniu, i ten fakt jest dla mnie ostatecznym dowodem na to, że warto było je podjąć. Żałuję, że nie zaczęliśmy od tej właśnie lektury, bo już w połowie powieści nabrałem przekonania, że mam do czynienia z dziełem niezwykłym. I dobrze się stało, że wydawnictwo MAG zdecydowało się na jego wznowienie.

Akcja Maszyny różnicowej toczy się w 1855 roku. Anglia, rządzona przez Radykalną Partię Przemysłową, z wciąż żyjącym Lordem Byronem na czele, kształtuje oblicze świata, korzystając z potęgi, jaką daje jej wykorzystanie napędzanych parą maszyn. Naukowcy i przemysłowcy kontrolują politykę, masowo zapełniając ławy Izby Lordów, skutecznie spychając dziedziczną arystokrację na dalszy plan. Technologia zmienia społeczeństwo, znaczenia nabierają związki zawodowe, nowego porządku strzeże policja i tajne służby, gromadzące informacje o obywatelach w przepastnych bazach danych. Spójny, konsekwentnie zbudowany świat powieści odmalowany jest najdrobniejszych szczegółach - poznajemy go stopniowo, wędrując wraz z narratorem za trójką bohaterów - Sybil Gerard, luksusową prostytutką, córką przywódcy antyprzemysłowej opozycji; Edwardem Mallorym, odkrywcą, paleontologiem i Laurentem Oliphantem, dyplomatą i szpiegiem. Poznajemy Londyn, pełen napędzanych parą powozów, geografię jego ulic i przekrój społeczny, a przy okazji spotykamy historyczne postacie, którym autorzy nakreślili alternatywne życiorysy, dopasowane do wykreowanej przez nich rzeczywistości.

Już sam pomysł na opisanie takiej właśnie alternatywnej historii gwarantowałby Gibsonowi i Sterlingowi sukces. Maszyna różnicowa to jednak znacznie więcej. Na podstawowym poziomie jest to klasyczna powieść sensacyjna - akcja toczy się wokół talii perforowanych kart, przechowujących nieznaną bohaterom wiedzę. Wiedzę, dla której warto zabić. Szybko się jednak orientujemy, że karty owe pełnią rolę klasycznego MacGuffina, będąc pretekstem do zorganizowania czytelnikowi wycieczki po powieściowym świecie. Z racji wykreowanej scenografii jest to wycieczka niezwykle fascynująca, ale pozostałaby jedynie wycieczką, gdyby autorom zabrakło literackiego kunsztu. Tymczasem wiele fragmentów, na przykład wędrówka Mallory'ego przez pogrążony w smogu i społecznym kryzysie Londyn to literatura wręcz genialna, mocno wzgryzająca się w mózg. Tego się zupełnie nie spodziewałem.

Równie dużo pracy co w konstrukcję świata, Gibson i Sterling włożyli w konstrukcję swoich bohaterów. I opłaciło się. Kibicowanie Edwardowi Mallory'emu, najbardziej wyrazistemu z nich, w rozsupływaniu skomplikowanej, wyraźnie go przerastającej intrygi dostarcza wiele frajdy. Nasz paleontolog przemierza świat krokiem zdobywcy, brawurą i bufonadą nadrabiając braki w inteligencji, nie zauważając nawet połowy popełnianych po drodze gaf. To człowiek swojej niezwykłej epoki, powstałej z mieszanki stechnologizowanego społeczeństwa z wiktoriańską moralnością i jej konwenansami - z jednej strony pragmatyk, z entuzjazmem przyjmujący wszystkie techniczne nowinki, z drugiej idealista, borykający się z wyrzutami sumienia z powodu konieczności łamania zasad, które do tej epoki już nie przystają.

Na koniec podzielę się niesamowitym odkryciem. Już wiem, co jest nie tak ze steampunkiem. Dzięki Gibsonowi i Sterlingowi, którzy stworzyli literaturę, w której pojawiły się rekwizyty w postaci parowych maszyn. Konstruowanie powieści w odwrotnej kolejności nie jest po prostu dobrym pomysłem...

William Gibson, Bruce Sterling, The Difference Engine, Bantam Spectra Book, 1992; William Gibson, Bruce Sterling , Maszyna różnicowa, tł. Piotr W. Cholewa, Wyd. MAG, 2010

niedziela, 12 września 2010

Ładunek

Dwudziesty trzeci wiek. Ludzkość, po niefrasobliwym potraktowaniu Matki Ziemi, zmuszona jest szukać schronienia w ogromnych, przeludnionych stacjach kosmicznych. Nadzieję na lepszą przyszłość daje odkrycie nowej, zdatnej do zamieszkania planety. Rheę od Raju odróżnia jedynie to, że każdy może kupić sobie bilet wstępu. Jeżeli posiada odpowiednią ilosć gotówki, oczywiście. Młoda pani doktor, Laura Portman, nie marzy o niczym innym, więc dołącza do załogi statku, który ma dostarczyć zaopatrzenie na jakąś odległą stację. Podróż ma potrwać całe cztery lata, z czego większość przyjdzie Laurze spędzić w hibernacji, ale po powrocie stać ją już będzie na przepustkę na Rheę, gdzie czeka ukochana siostra.

Śpieszę donieść, że nie jest to zarys pomysłu na moje nowe opowiadanie, ale początek fabuły szwajcarskiego filmu z ubiegłego roku w reżyserii Ivana Englera i Ralpha Ettera. Ja bym czegoś takiego raczej nie wypuścił, a to dlatego, że nawet słabo obyty z fantastyką czytelnik błyskawicznie zorientowałby się, że robię go w konia, bo to wszystko już przecież było. Podobnie jest z widzem filmu Cargo - kiedy pani doktor, w środku swojej samotnej wachty, orientuje się, że na statku dzieją się dziwne rzeczy, wiadomo już, jak to się wszystko skończy. Odkrycie natury ładunku, który transportuje "Kassandra" też nie przynosi zaskoczenia. Przez resztę filmu pozostaje nam jedynie powstrzymywanie ziewania podczas obserwacji desperackich prób dotarcia bohaterki do przerażającej prawdy.

Niestety, wtórność to nie jedyna słabość tego filmu (naprawdę można odnieść wrażenie, że przeleżał na półce ze trzy dekady). Kolejną jest to, że aktorzy nie radzą sobie z rolami, co zresztą nie jest do końca ich winą. Wprawdzie scenarzyści postarali się o gamę charakterystycznych osobników/osobniczek, jednak każą im zachowywać się cokolwiek nielogicznie, jeżeli wręcz nie dziwacznie. Trudno uwierzyć w nagłe miłosne zaangażowanie Laury, jeszcze trudniej w motywacje pozostałych członków załogi "Kassandry".

Parę rzeczy mi się podobało. Przede wszystkim zdjęcia i scenografia. Statek trzeszczy i jęczy, zewsząd kapie woda, nawala oświetlenie, są śmieci i brud. To też już nie raz widzieliśmy, choćby w Obcym, ale Szwajcarzy się przyłożyli. Wrażenie robią ujęcia ogromnej ładowni i wrót do niej (widać je na załączonym posterze). Na porządne efekty spacerów w Kosmosie zabrakło już jednak kasy.

Na razie nic nie wskazuje na to, że Cargo znajdzie polskiego dystrybutora. Cóż, PKB nie wzrośnie, za to fani sf zaoszczędzą trochę kasy.

Cargo, reż. Ivan Engler, Ralph Etter, Atlantis Pictures 2009

poniedziałek, 6 września 2010

Po ciemnej stronie

Po upływie ponad roku od daty światowej premiery na ekrany polskich kin trafił Moon w reżyserii Duncana Jonesa. Może to i lepiej, że trwało to tak długo - w międzyczasie obraz zgarnął kilka prestiżowych festiwalowych nagród, więc jest szansa, że znajdzie u nas większe grono odbiorców. Z pewnością na to zasługuje.

Sam Bell odlicza dni, które dzielą go od zakończenia zawodowego kontraktu. Zamknięty samotnie w księżycowej bazie, od blisko trzech lat zajmuje się nadzorowaniem maszyn, wydobywających hel-3 - paliwo do reaktorów fuzyjnych, które zrewolucjonizowały ziemską energetykę. Jego jedynym towarzyszem jest zrobotyzowany komputer, sztuczna inteligencja o imieniu GERTY. Na Ziemi czeka na niego ukochana żona i córeczka. Z rzadka odbierane komunikaty z domu pozwalają mu przezwyciężać depresję, która nasila się od czasu awarii satelity, umożliwiającego bezpośrednie połączenie z macierzystą planetą. Dwa tygodnie przed upragnionym powrotem stan psychiczny Sama pogarsza się, co w końcu doprowadza do wypadku. Wkrótce potem budzi się w ambulatorium i przekonuje się, że to dopiero początek jego kłopotów - przypadkowe odkrycie sprawi, że będzie musiał zakwestionować i zrewidować wszystko, co wie o świecie i własnej egzystencji.

Nawet ten krótki opis pozwala się zorientować, że Moon to bliski krewny Solaris Stanisława Lema. Równie blisko mu do Odysei Kosmicznej Kubricka, a także prozy Philipa K. Dicka. Reżyser wcale nie wstydzi się tych inspiracji - zadbał o to, aby były one bardzo czytelne. Co ciekawe, Duncan Jones, prywatnie syn Davida Bowie, zrealizował swój debiutancki film za 5 milionów dolarów. W porównaniu do budżetów hollywoodzkich produkcji to tyle, co nic, a jednak w ogóle tego nie widać. Podejrzewam, że Kevin Spacey, użyczający głosu GERTY'emu nie wziął za to ani grosza, bo inaczej nie starczyłoby na scenografię, a tej nie sposób niczego zarzucić. Na pewno oszczędzono na efektach specjalnych, ale kto powiedział, że porządne kino science-fiction nie może się bez nich obejść?

Nie chciałbym potencalnym widzom psuć zabawy, więc napiszę, czym Moon nie jest. Nie jest thrillerem budowanym na łatwym do odtworzenia klaustrofobicznym klimacie pozaziemskiej bazy i jej sterylnych korytarzy. Nie jest filmem akcji, w którym Sam Bell odpiera inwazję Obcych lub ratuje świat przed innym katastrofalnym zagrożeniem. Nie jest filmem, żegnającym widza nierozwiązaną zagadką. Jonesowi udało się stworzyć obraz przejmujący, stawiający pytania z gatunku tych najistotniejszych. Wielka w tym zasługa Sama Rockwella, który udźwignął niełatwą rolę; niełatwą nie tylko dlatego, że nawet na moment nie schodzi z ekranu. Pomaga mu dyskretna muzyka, autorstwa Clinta Mansella - łagodne dźwięki fortepianu dobrze współgrają z potężną dawką emocji, jaką serwuje nam się z ekranu.

Doprawdy, chciałbym coś skrytykować w tym filmie, ale nie bardzo wiem, co. Idźcie do kina i sami sobie poszukajcie.

Moon, reż. Duncan Jones, Liberty Films UK 2009

piątek, 3 września 2010

Nowa Fantastyka 08/2010

Za mną lektura kolejnego egzemplarza mego ulubionego (wciąż) magazynu. Nie wiem, czy z sentymentu, czy też z obawy przed wywoływaniem wilka z lasu, postanowiłem odtąd skupiać się głównie na tym, co w Nowej Fantastyce dobre. To już nie moja wina, że długość notek trochę na tym ucierpi...

Na początek spodobało mi się, w jaki sposób Jakub Winiarski w swoim wstępniaku wkłada szpilę rodzimym twórcom. Posługuje się przy tym cytatem z Woody Allena, który przytoczę tu w całości: "Chciałbym nakręcić wielki film, ale pod warunkiem, że nie przepadnie mi rezerwacja w ulubionej restauracji". Z całego działu publicystyki na następnych stronach polecam wywiad z Jarosławem Grzędowiczem. Autor Pana Lodowego Ogrodu prezentuje się jako rozsądny facet, twardo stąpający po ziemi, trzeźwo patrzący nie tylko na nasz rynek wydawniczy, ale także na własą twórczość. Nie znam osobiście, ale polubiłem od pierwszego słowa. Wywiad z Bogusławem Polchem też warto odnotować, bo jest zapowiedzią październikowego bliskiego spotkania z... Funkym Kovalem (Oh, yeah!)

Dział recenzji to, niestety, tradycyjny już przegląd pełnych wampirów i zakochanych w nich naiwniaczek produktów dla młodzieży. Na tym tle wybija się króciutka reklama zbioru opowiadań Miéville'a W poszukiwaniu Jake'a. Z kolei w dziale recenzji filmowych Joanna Kułakowska nie poleca Czwartego stopnia Osunsanmiego, a Przemysław Pieniązek wybrzydza trochę na "Istotę" Nataliego. Orbitowski nie zawodzi, wyciągając na światło dzienne kolejny koszmarek z lat osiemdzisiątych. Tym razem trafiło na The Lair of the White Worm Kena Russella, z Hugh Grantem w roli głównej.

Proza w sierpniowym numerze nie zaskakuje in minus, choć nie znalazłem w niej nic, co zdołałoby mnie poruszyć. Łukasz Dęboróg i Jakub Kamiński próbują mierzyć się z niedawną powodziową traumą. Piweńko tego drugiego czyta się lepiej, choć fantastyki tam tyle, co na lekarstwo. Mike Resnick przedstawia swoją wersję Narzeczonej Frankensteina i choć świeże i przyjemne, opowiadanie pozostaje jedynie rozbudowaną anegdotą. Z dwojga tekstów Olgi Gromyko, polecam Pomysły i Domysły. To lekka fantasy, której bohaterka to taki Geralt w spódnicy, tylko z większym poczuciem humoru i dystansem do świata. Co prawda ten świat jakby przyjaźniejszy, więc pewnie jej łatwiej...

Nowa Fantastyka 08/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

środa, 25 sierpnia 2010

Szkoda czasu na piaski czasu

Kilka spokojniejszych wakacyjnych tygodni pozwoliło mi nadrobić nieco zaległości. Jedną z nich było zapoznanie się z ekranizacją Księcia Persji - kultowej serii komputerowych zręcznościówek. W czasach młodości straciłem kilka nocy na legendarne dzieło Jordana Mechnera, ale to by było na tyle, więc nie oczekujcie ode mnie porównań filmu Mike'a Newella z pierwowzorem.

Będzie więc jedynie o samym filmie. Nie za wiele, bo naprawdę nie warto się rozwodzić, choć sama fabuła miała spory potencjał. Adoptowany przez mądrego króla dzielny i prawy książę, dwaj jego ambitni bracia, równie ambitny stryj, intryga, wojna, zemsta i miłość do pięknej księżniczki - wszystko to razem mogło stworzyć podbudowę do pięknej, emocjonującej historii. Zadbano również o plenery i scenografię, tworząc kompletny świat mitycznej, starożytnej krainy, z bogactwem detali, na których warto zawiesić oko. Bez zarzutu jest również choreografia - zwłaszcza sceny walk i akrobatyczne popisy księcia Dastana w trakcie licznych scen pogoni.

Skoro wszystko jest tak pięknie, to dlaczego jest tak źle? Po pierwsze, fatalne są dialogi. Bohaterowie albo wylewają z ekranu tony patosu, albo gadają jak nam współcześni, co strasznie gryzie się z tak pieczołowicie budowaną scenografią. Jeżeli można jeszcze przymknąć na to oko w scenach przekomarzania się Dastana z księżniczką Taminą, to nie do zniesienia staje się już w wykonaniu Alfreda Moliny w roli przedsiębiorczego szejka Amara.

Po drugie, zawiedli aktorzy. Wybór Jake'a Gyllenhaala od początku mógł budzić wątpliwości. I całkiem zasadne, bo na jego sympatycznej buzi nie widać ani charyzmy, ani sprytu, ani twardości, bez których jego książę Dastan przestaje być wiarygodny. Jego partnerka, Gemma Arterton, miała znacznie łatwiejsze zadanie, rodząc się do tej roli ze wszystkimi niezbędnymi atrybutami. Tylko dlaczego najgorzej wypadają sceny właśnie z jej udziałem? Nie spisał się też Ben Kingsley. Jego Nizam rzuca swoimi posępnymi spojrzeniami już od pierwszych scen filmu, nie pozostawiając widzom żadnych wątpliwości, kto tu pociąga za sznurki. Tylko dlaczego widz musi się męczyć, oglądając nieudolne próby dojścia bohaterów do tej oczywistej prawdy? Jeżeli miałbym już wyróżnić kogoś z obsady, to wskazałbym jedynie Richarda Coyle'a w roli księcia Tusa.

Widziałem, nie ubawiłem się, połowy już nie pamiętam. Film nieco ratuje emocjonujący i bardzo efektowny finał, jednak to za mało, aby nie pożałować wydanych na bilet pieniędzy.

Książę Persji: Piaski Czasu, reż. Mike Newell, Walt Disney Pictures 2010

wtorek, 3 sierpnia 2010

Stanie się czas

Jak wspominałem w poprzednim wpisie, wraz z lipcowym numerem Nowej Fantastyki" otrzymaliśmy jedną z powieści Poula Andersona. Stanie się czas została napisana na początku lat 70-tych i była nawet nominowana do nagrody Hugo, jednak nie ukrywajmy - uczyniłbym autorowi wielką krzywdę, umieszczając tę recenzję w kategorii "klasyka".

Jack Havig jest mutantem, potrafiącym przemieszczać się w czasie przy użyciu samej siły woli. Korzystając z tego daru, ogląda ponure losy współczesnej cywilizacji, jej katastrofalny upadek i odrodzenie pod panowaniem pokojowego ludu Maurai. Podczas swoich wędrówek w przeszłość i przyszłość spotyka innych ludzi podobnych do niego. Dołącza do grupy podróżników w czasie, zamieszkujących Orle Gniazdo - enklawę, która ma przenieść zdobycze cywilizacji przez mroczne wieki i ukształtować przyszłość, zgodnie z życzeniem jej twórcy, charyzmatycznego Caleba Wallisa. Kiedy odkrywa prawdziwą naturę tego projektu, buntuje się, ucieka i odtąd musi ukrywać się przed prześladowcami.

Wiemy, jak trudno napisać dobrą książkę o podróżach w czasie, unikając standardowych pułapek. Kilku jego poprzednikom się udało, Anderson poległ jednak z kretesem - jego bohaterowie używają swego daru w sposób urągający logice, co wynika z tego, że autor nie poradził sobie z problemem paradoksów. Jeszcze gorszy zarzut wobec tej książki dotyczy zawartej w nim wizji przyszłości - socjologicznie wątpliwej, jeżeli wręcz nie naiwnej.

Stanie się czas ma oczywiście dobre strony. Dobrze wypada przeniesienie narracji na neutralnego obserwatora, który relacjonuje czytelnikowi wydarzenia, które sam zna jedynie z opowieści głównego bohatera. Ciekawe są fragmenty, opowiadające o dorastaniu Haviga, jego sytuacji rodzinnej, problemach z ujarzmieniem daru, który jest też jego największym przekleństwem. Wypada żałować, że Anderson nie skupił się bardziej na węwnętrznym życiu swego bohatera, zamiast kazać mu ratować świat, którego historii nie można podobno zmienić.

Szkoda, że wydawcy Nowej Fantastyki wybrali akurat tę książkę. Pewnie uzyskali jednorazowy efekt w postaci większego nakładu, jednak na dłuższą metę ten wybór może przynieść więcej szkód niż pożytku. Mam tylko nadzieję, że nie zniechęci to czytelników do sięgnięcia po inne dzieła Andersona - nieprzeciętnego twórcy sf i fantasy, wielokrotnie nagradzanego mistrza krótkich form, uznanego redaktora i wydawcy.

Poul Anderson, Stanie się czasi, tł. Tadeusz Markowski, Wyd. Prószyński Media, 2010