poniedziałek, 6 grudnia 2010

Nowa Fantastyka 12/2010

Miło mi donieść, że lekturę grudniowego numeru Nowej Fantastyki mogę z czystym sumieniem polecić. Zwłaszcza, że stało się to za sprawą bardzo przyzwoitej prozy, która znalazła się na jego łamach. Wiem, że wielu fanów czekało na zapowiadany tekst Jakuba Nowaka. Dominiczka mówi: spełnia te nadzieje, choć nie jest opowiadaniem pozbawionym wad. To bardzo sprawnie napisana historia z gatunku cyberpunka, osadzona w polskich realiach nieodległej przyszłości. Malutki minus stawiam temu tekstowi właśnie za te realia - dla mnie niezbyt wiarygodne. Ocenę obniżam też za bohaterów, do których jakoś nie zdołałem zapałać sympatią. Ale podobały mi się fabularne rozwiązania, pogmatwane relacje rodzinne głównych postaci i sam pomysł.

Celnik z Dover Krzysztofa Piskorskiego to z kolei steampunk, umiejscowiony w alternatywnej rzeczywistości imperialnej Anglii. Szkatułkowa opowieść o budzącym grozę pogromcy przemytników rozwija się interesująco mniej więcej do połowy, potem gubi rytm, aby doczłapać się do w miarę satysfakcjonującego końca.

Dział prozy zagranicznej wypełniają dwa opowiadania Orsona Scotta Carda z uniwersum Endera. W Więzieniu Mazera poznajemy samotnego, mknącego przez międzygwiezdną przestrzeń admirała Rackhama, borykającego się z widmami przeszłości i ciężarem nieuniknionej przyszłości. W zdalnym starciu zmęczonego weterana z młodym porucznikiem Graffem narodzą się podwaliny Szkoły Bojowej. W Oszuście spotkamy z kolei utalentowanego pięciolatka, który pozna smak dorosłości, próbując sprostać  wygórowanym ambicjom swego ojca. Może nie jest to proza najwyższych lotów, ale z pewnością trafi w gusta miłośników cyklu.

W odchudzonym dziale publicystyki znajdziemy wywiad z samym Cardem. Może to kwestia grzecznych pytań Joanny Kułakowskiej, ale nie spodziewajcie się po tej rozmowie rewelacji. Ciekawostką było dla mnie wyznanie Carda, że czyta więcej fantasy niż sf, gdyż na polu tej pierwszej dzieje się teraz więcej ciekawych rzeczy. Nie ma też nic odkrywczego w eseju Świat Endera, autorstwa Bartosza Szczyżańskiego, ale dla niewtajemniczonych będzie on w miarę dobrym przewodnikiem po świecie ludzi, formidów i prosiaczków.

Łukasz Orbitowski interpretuje tym razem Monsters Garetha Edwardsa i czyni to tak, że naprawdę chce się obejrzeć. Pewnie się skuszę.

Nowa Fantastyka 12/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

środa, 1 grudnia 2010

Rzycie po życiu

To już trochę odgrzewany kotlet, ale nie mogłem się powstrzymać przed podzieleniem się wrażeniami po obejrzeniu czwartej części Resident Evil. Jest jakaś magia w tych beznadziejnych hollywoodzkich ekranizacjach gier komputerowych, które, choć przynoszą wyłącznie rozczarowanie, to wciąż przyciągają przed ekran. Resident Evil: Afterlife nie jest mistrzem w swej specjalnej klasie, ale przynajmniej nie udaje czegoś, czym nie jest - twórcy filmu nawet nie usiłują markować, że należy w ich dziele doszukiwać się sensu.

Co więc dostajemy w zamian? Półtorej godziny efektów specjalnych, kopaniny, strzelaniny i rąbaniny. Okraszonych widokami zgrabnych kończyn Milli Jovovich. W zbożnym dziele dostarczania widzom wrażeń estetycznych towarzyszy jej Ali Larter, czyli Claire Redfield z RE: Extinction, mnie bardziej znana jako Niki/Jessica Sanders z Herosów. I o tym właśnie jest ten film - o zgrabnych panienkach w typowo męskich rolach, próbujących przetrwać w skrajnie nieprzyjaznym post-apokaliptycznym świecie.

Trochę skłamałem. Jakąś fabułę dostajemy - Milla Jovovich, czyli Alice, wraz z grupką ocaleńców, próbuje dotrzeć do Arkadii, ostatniej ostoi cywilizacji jaką znamy. Na drodze stoi tłum zmutowanych zombie i agenci złowrogiej korporacji Umbrella, o której nie dowiemy się wiele więcej ponad to, że jest złowroga właśnie. Wygląda na typowy survival horror, tyle że RE: Afterlife to nie horror, ale komedia. Chyba. Twórcy filmu od pierwszych scen próbują nas zabawić nawiązaniami do najwybitniejszych osiągnięć popkulturowej kinematografii i telewizyjnych seriali; od Matrixa po ekranizację Władcę Pierścieni. Możemy pośmiać się z niedwuznacznych aluzji do Alienów, CSI Miami, Skazanego na śmierć i wielu innych.

Uczciwość nie pozwala mi doszczętnie zjechać tego filmu, bo bawiłem się na nim całkiem nieźle. Z drugiej strony, sumienie nie pozwala mi go polecić. Nie warto, nawet dla Milli Jovovich, albo efektów 3D (Afterlife był kręcony w tej technologii, nie są one wynikiem późniejszej konwersji). No, chyba że ktoś chce się dowiedzieć, po co samotnej dziewczynie jednodolarówki - wtedy koniecznie powinien obejrzeć.

Resident Evil: Afterlife, reż. Paul W. S. Anderson, Constantin Film 2010

piątek, 19 listopada 2010

Miasto i miasto

Wydana w ubiegłym roku powieść Chiny Miéville’a nie rozpoczyna się jak film Hitchcocka. Porzucone zwłoki brutalnie zamordowanej młodej kobiety nie wydają się zapowiadać nadzwyczajnych zdarzeń w życiu inspektora Tyadora Borlú. Dopiero z czasem rutynowe śledztwo zaczyna przeradzać się w coś znacznie bardziej poważnego. Borlú, funkcjonariusz Brygady Najpoważniejszych Zbrodni z miasta Besźel, zdaje sobie sprawę, że zabrnąwszy zbyt daleko w poszukiwaniu prawdy, sam może stać się ofiarą potężnego spisku. Kiedy okazuje się, że sprawa ma międzynarodowy zasięg, musi udać się do Ul Qomy, aby kontynuować dochodzenie wraz z przedstawicielem lokalnej milicji.

Z powyższego opisu można by wywnioskować, że Miéville porzucił fantastykę, aby spróbować sił na gruncie klasycznego czarnego kryminału. Byłaby to najprawdziwsza prawda, gdyby nie jeden mały drobiazg. Otóż choć Besźel i Ul Qomę, niewielkie miasta-państwa leżące w nie do końca określonym regionie współczesnej Europy, dzieli niemal wszystko – język, kultura, architektura, ustrój, obyczaje, moda czy kuchnia – to mają jedną wspólną cechę. Zajmują ten sam obszar geograficzny. Dokładnie ten sam. Niektóre ulice, parki, domy stanowią część wspólną; inne funkcjonują wyłącznie na terytorium jednego z państw. Co więcej, ich mieszkańcy, choć żyją obok siebie, uczą się ignorować to wszystko, co nie znajduje się w ich kraju. Dotyczy to nie tylko ludzi, ale też zabudowań, pojazdów, a nawet dźwięków i zapachów. Ugruntowane przez stulecia tabu jest tak silne, że obywatele Besźel i Ul Qomy naprawdę nie dostrzegają tego drugiego świata w stopniu większym niż wymagany do bezkolizyjnego poruszania się. Oczywiście zdarzają się nieświadome lub świadome naruszenia, zwane tu Przekroczeniem, na przykład wypadki komunikacyjne, ale nad wszystkim czuwa tajemnicza, budząca grozę organizacja zwana Przekroczeniówką, która skutecznie interweniuje, przywracając w miastach porządek, a winnych surowo karząc.

Na pierwszy rzut oka pomysł wydaje się karkołomny, ale autor przyłożył się do swojej pracy, inteligentnie i niezwykle konsekwentnie konstruując przedstawiony świat. W każdym razie ja nie znalazłem w nim niespójności. Być może było mi go łatwiej zaakceptować, bo wciąż pamiętam system, w którym ludzie udawali, że płacą tym, którzy udawali, że pracują, którzy z kolei udawali, że mogą za zarobione w ten sposób pseudopieniądze kupić coś w sklepach, w których sprzedawcy udawali, że coś sprzedają. I do dziś można spotkać się z opiniami, że to działało.

Opisując wrażenia z lektury The City & The City nie ucieknę od porównań z Dworcem Perdido. Książki te łączy nadspodziewanie wiele, choć dotyczy to raczej warstwy warsztatowej, a także przenikających do treści politycznych zainteresowań autora. W obu powieściach fabuła jest raczej pretekstem dla przedstawienia oryginalnego pomysłu na świat, choć w Mieście i Mieście sensacyjna intryga wciągnęła mnie znacznie bardziej i utrzymała w napięciu aż do satysfakcjonującego finału. Podobnie jak w Dworcu Perdido,  bohaterowie pozostają na drugim planie. Dotyczy to nawet Borlú, który nie wyrasta ponad rolę kolejnego wcielenia nieśmiertelnego chandlerowskiego detektywa. Widać jednak wyraźnie, że przez te kilka lat Miéville dojrzał jako pisarz – nowsza powieść pisana jest z większą konsekwencją, brak w niej niepotrzebnych wątków czy przesadnie drobiazgowych opisów. Wątki polityczne, choć wciąż silnie obecne, są bardziej stonowane – autor nie zajmuje jednoznacznego stanowiska, nie prowadzi propagandy.

Mogę sobie wyobrazić, ile pracy włożył Miéville w to, aby nadać bliźniaczym miastom wiarygodności. Pomijam już wymyśloną od podstaw kulturę, czy język - Besźel i Ul Qoma, przy całej swej niesamowitości, umiejscowione zostały we współczesnych realiach. Oba państwa funkcjonują w naszym świecie i choć turyści muszą przejść specjalny kurs i zdać egzamin, aby otrzymać wizę, to ich mieszkańcy mogą przerzucać się cytatami z popularnych holywoodzkich superprodukcji, buszować po Internecie, albo zaczytywać się w Harrym Potterze.

Wiele wybitnych fantastycznych książek opartych jest na jednym pomyśle. Czasem ten pomysł jest tak świetny, że wybaczamy autorowi inne niedociągnięcia. Miéville stworzył dzieło oryginalne i zarazem bardzo dobre literacko. Jak dla mnie jest to książka roku, choć brakuje jej trochę do Związku Żydowskich Policjantów, którym zachwyciłem się w roku ubiegłym.

China Miéville, The City & The City, Wyd. Pan Macmillan, 2010; China Miéville, Miasto i Miasto, tł. Michał Jakuszewski, Wyd. Zysk i S-ka, 2010

poniedziałek, 8 listopada 2010

Nowa Fantastyka 11/2010

Tematem przewodnim listopadowego numeru Nowej Fantastyki jest literatura sf znad Sekwany. Jej omówienie znajdziemy w przeglądowym artykule Meddy Linger (Vive le Fantastique!), z którego dowiemy się, że Francuzi roszczą sobie prawo do pierwszeństwa w gatunku (Cyrano de Bergerac i jego Historia komiczna państw i imperiów Księżyca). Francuzi mają swoje osiągnięcia na polu literatury fantastycznej, ale jeżeli zaprezentowana w bieżącym numerze próbka ich współczesnej twórczości jest reprezentatywna dla całości, to należy ze smutkiem stwierdzić, że było to dawno i nieprawda.

Haska i Stachowicz piszą o ekranizacjach prozy Juliusza Verne'a. Czynią to, jak zwykle, zajmująco i z szacunkiem dla faktów. Dział publicystyki kończy artykuł Pawła Deptucha o Żywych trupach. Artykuł zapowiada premierę serialu, powstałego w oparciu o tę popularną komiksową serię Roberta Kirkmana. Warto jeszcze odnotować powrót na łamy pisma Galaktycznego gońca.

Reszta numeru należy do Łukasza Orbitowskiego. Orbit nie zawiódł w swoim felietonie, w którym z pasją pisze o japońskich horrorach i nie tylko, ale przede wszystkim ozdobił listopadowe wydanie prawdziwą perłą, jaką jest Noc Sobowtórów. Opowieść o tajemniczej kamienicy, skrywającej się w warszawskim Parku Skaryszewskim i jej jeszcze bardziej tajemniczych mieszkańcach, jest chyba najlepszym polskim opowiadaniem, jakie zdarzyło mi się czytać w tym roku. Rzecz utrzymana jest w konwencji horroru, a traktuje o sprawach naprawdę ważnych, takich jak poszukiwanie szczęścia i sensu życia. Czyta się świetnie, od pierwszego do ostatniego akapitu; opowieść nie gubi rytmu mimo niestandardowego stylu, budującego nastrój dziwności i grozy. Fajnie i prawdziwie opisane są relacje rodzinne głównego bohatera. Cóż więcej dodawać - gorąco polecam!

Nie wspominałem o Funkym Kovalu, ale to dlatego, że drugi odcinek nie wnosi do fabuły nic nowego. Z działu recenzji wyłowiłem interesujący tekst o Mieście i Mieście Mieville'a, którą to powieść sam zacząłem właśnie czytać, oraz bardzo krytyczny artykuł o przeróbce Przedwiośnia, której dopuścił się Kamil Śmiałkowski.

Nowa Fantastyka 11/2010, Wyd. Prószyński Media, Warszawa 2010

sobota, 30 października 2010

Palimpsest

Palimpsest to rękopis spisany na papierze, z którego usunięto poprzedni tekst. Palimpsest to tytuł znakomitej powieści amerykańskiej poetki i pisarki Catherynne M. Valente, wydanej przez MAG w cyklu Uczta wyobraźni. Palimpsest to magiczne miasto, które jest bohaterem tej powieści. Miasto równie prawdziwe jak każde istniejące w naszym świecie, choć odwiedzić je można tylko we śnie, wyłącznie od zmierzchu do świtu.

Ale nie jest to dane każdemu. Aby dotrzeć do Palimpsestu, należy posiąść odpowiednią mapę. Aby zaś tego dokonać, należy uprawiać seks z osobą, noszącą na skórze wytatuowany fragment miasta. Znamię Palimpsestu rozprzestrzenia się jak wirus przenoszony drogą płciową, wiec jeżeli ktoś trafi tam choćby raz, pozostanie naznaczony na całe życie.

Palimpsest to magiczne miejsce, ale nie znajdziemy tam magii, która manifestuje się w huku błyskawic - działa ona subtelniej, ukrywa się w zestawie dziwnych reguł, które tam panują. Jedną z nich jest zasada, że przybysze z naszego świata zjawiają się najpierw w gabinecie wróżki, która spaja ich niewidzialną choć niezwykle silną więzią, zawsze czwórkami. Powieść Valente opowiada losy członków jednej z takich czwórek - pszczelarki November, pracownicy japońskich kolei Sei, młodego ślusarza Olega i włoskiego introligatora Lodovica. Wszyscy czworo są nieszczęśliwi, zagubieni i przeżywają utratę bliskich - co zresztą każe przypuszczać, że Palimpsest jednak nie wybiera swoich gości przypadkowo. I nie może być inaczej, gdyż miasto w niczym nie przypomina typowej wymarzonej krainy - jest dziwne, mroczne, bardzo niebezpieczne, a obcy na każdym kroku doznają w nim upokorzeń. A jednak wracają, szukają nowych dróg, ryzykując seks z każdym dotkniętym niezmywalnym piętnem ulic Palimpsestu. Gotowi są zapłacić niemal każdą cenę, żeby zamieszkać w nim na stałe.

Nie dajcie się zwieść pokusie zbyt łatwej interpretacji książki Valente. Można pomyśleć, że Palimpsest jest dla czwórki bohaterów wybawieniem - przyjmie ich, wymaże ich nieszczęsną egzystencję i pozwoli nakreślić ją na nowo. Moim zdaniem jest dokładnie na odwrót - miasto, okaleczone niedawną wojną, chwieje się na granicy społecznej katastrofy. Jest jak kocioł pod parą, pozbawiony wentylu bezpieczeństwa. Aby przetrwać, potrzebuje świeżej krwi - imigrantów, który wymażą powojenne blizny i uleczą jego zranioną duszę. Aby tego dokonać, November, Sei, Oleg i Lodovico będą najpierw musieli odnaleźć się i połączyć w naszym świecie. I zapłacić bolesną cenę.

Warto wspomnieć o stylu, jakiego użyła Valente do napisania Palimpsestu Jest to język naładowany epitetami, niezwykle bogaty i barwny. Chyba jedyny, który byłby w stanie oddać rozmach i oryginalność wykreowanego przez nią świata. Taki styl zbliża się do granicy, za którą czai się patos, ale Valente, autorka wielu tomów poezji, świetnie panuje nad słowami. Świadoma swego talentu, nie boi się ryzyka, a takim jest niewątpliwie nagromadzenie scen seksu, od pełnych namiętności uniesień, po mechaniczne, rytualne akty, całkowicie podporządkowane celowi, jakim jest kupno biletu do miasta z krainy snów. Chylę przed tym talentem czoła i kłaniam się nisko, przekazując też wyrazy uznania polskiemu tłumaczowi, który to wszystko udźwignął.

Catherynne M. Valente, Palimpsest, tł. Wojciech Szypuła, Wyd. MAG, 2010