wtorek, 18 sierpnia 2009

Po zmierzchu

To moje pierwsze podejście do modnego ostatnio japońskiego pisarza, Haruki Murakamiego. I znów muszę napisać, że na pewno nie ostatnie. Chyba mam ostatnio szczęście do ciekawych autorów… Choć tym razem nie jest to do końca kwestia szczęścia, ponieważ Po zmierzchu nabyła, zupełnie świadomie, moja kochana małżonka.

To nie będzie długa notka, bo nie bardzo wiem, co można sensownego napisać o samej powieści. Napiszę więc o moich odczuciach.

Ale najpierw parę słów o fabule. Mamy tu kilkoro młodych ludzi, których losy splatają się pewnej nocy w Tokio. Łącznikiem jest dziewiętnastoletnia Mari, którą poznajemy w czynnej całą dobę restauracji. Która spotyka pewnego chłopaka, który… ale nieważne. Wszyscy bohaterowie są ledwo zarysowani, zaś ich kilkugodzinne przeżycia zwyczajne, tak samo zresztą jak ich pełne dygresji i dywagacji leniwe rozmowy. Być może ważniejszym bohaterem jest samo miasto, przedstawione jako olbrzymi, żywy organizm, którego fizjologię i morfologię poznajemy nieśpiesznie na kolejnych stronach.Ale fabuła schodzi na dalszy plan. Książka wciąga nastrojem, klimatem budowanym ciekawą narracją i otaczającymi bohaterów elementami fantastyczności. Których istnienia nie uświadamiają. To klimat zrodzony z połączenia surrealizmu, oniryzmu, japońskiego horroru.

I jeszcze język. Murakami pisze świetnie, ale prawdziwe mistrzostwo ujawnia w dialogach, którymi umiejętnie buduje charaktery postaci. By nagle zaskoczyć nas, wkładając w ich usta kwestie, których na pewno by nie wypowiedzieli. A jednak wierzymy, że tak właśnie mówią, kiedy na kilka godzin w ciągu doby stają się „duchami nocy”.

Co jeszcze chodzi mi po głowie? Ano to, że Japończycy to, jak się okazuje, najzwyklejsi ludzie, z najzwyklejszymi problemami. Zdecydowanie dziwna jest zaś rzeczywistość, w której przyszło im funkcjonować. I to nie jest tylko kwestia egzotyki, odmienności kultury - oni sami się w tej rzeczywistości gubią. To chyba właśnie zagubienie i poszukiwanie sensu życia jest głównym tematem tej powieści.

To sympatyczna książka, z sympatycznymi bohaterami, dostarczająca wiele przyjemności. Która pozostaje na dłużej, pomimo faktu, iż zakończenie nie daje odpowiedzi na większość pytań, jakie nasuwają się w trakcie lektury.

Podobnych doznań poszukam w kolejnych powieściach Murakamiego. Jeszcze lepszych od Po zmierzchu, jak każą mi wierzyć ludzie, których literackim gustom zwykłem zawierzać.

Haruki Murakami, Po zmierzchu, tł. Anna Zielińska-Elliott, Wyd. Muza, 2007

piątek, 12 czerwca 2009

Związek żydowskich policjantów

Yiddish Policemen’s Union to pierwsza, ale na pewno nie ostatnia książka Michaela Chabona, którą miałem okazję przeczytać. Moja jedyna do tej pory styczność z twórczością tego stosunkowo mało znanego u nas autora, to film Cudowni chłopcy, zrealizowany na podstawie jego powieści i scenariusza. Komu podobał się specyficzny klimat i humor tamtego obrazu, ten nie powinien być zawiedziony lekturą „Związku żydowskich policjantów”, wydanego niedawno również w polskim tłumaczeniu przez WAB.

Inspiracją do powstania książki stała się podobno lektura rozmówek w jidysz, języku obecnie używanym chyba jedynie w kręgach ortodoksyjnych potomków aszkenazyjskich Żydów. Chabon spróbował wyobrazić sobie nieistniejącą krainę, w której język ten byłby językiem żywym i wszechobecnym i tak powstał Federalny Dystrykt Sitka, zasiedlony przez kilka milionów ocaleńców z Holokaustu, w alternatywnej historii, w której państwo Izrael upadło w 1948 roku pod naporem swoich arabskich sąsiadów. Projekt stworzenia żydowskiej enklawy na terenie USA rzeczywiście istniał, jednak stosowna ustawa upadła w amerykańskim Kongresie w 1940 roku pod naciskiem wpływowego deputowanego z Alaski. To właśnie przypadkowa śmierć owego kongresmena stała się punktem zwrotnym, od którego Chabon wywodzi swoją wersję wydarzeń.

Jednak Yiddish Policemen’s Union to przede wszystkim hołd oddany jednemu z ulubionych autorów Chabona, Raymondowi Chandlerowi. Hołd oddany świadomie i z rozmysłem, przy pomocy specjalnie dobranych w tym celu środków wyrazu, nie wyłączając słownictwa i długości zdań. To klasyczny kryminał w najlepszym stylu noir, w którym już na pierwszych stronach pojawia się trup i detektyw, który postanawia tą zagadkową śmierć wyjaśnić. Meyer Landsman, upadły policjant, rozwodnik, alkoholik, obdarzony silnym moralnym kręgosłupem odpowiednik Philipa Marlow’a, to pierwsza z niezwykle barwnych, oryginalnych postaci, jakie pojawiają się na kolejnych stronicach powieści. To właśnie w kreacji postaci ujawnia się, moim zdaniem, mistrzostwo pisarstwa Chabona, który w dosłownie kilku prostych zdaniach potrafi oddać charakter, wygląd, historię swego bohatera, niezwykle plastycznemu opisowi dodając jeszcze bogatą gamę towarzyszących mu zapachów. Nie przeszkadza nam wcale, że postaci są często przerysowane, niemal komiksowe, jak choćby chasydzki rabin Shpilman, najbardziej poważany przywódca ortodoksyjnej sekty i jednocześnie głowa najgroźniejszego gangu na północ od Vancouver, czy szeryf Wilfred Duck, niezwykły Indianin w swoim groteskowym płaszczu, na swoim ukochanym, zabytkowym motocyklu, zbudowanym w pomniejszonej skali, dopasowanej do wzrostu właściciela. Najbardziej udana i niewątpliwie moja ulubiona postać to kuzyn Landsmana, jego życiowy druh i zawodowy partner, Berko Shemetz - ogromny, porywczy potomek Żyda i Indianki, nie rozstający się z repliką słynnego bojowego młota legendarnego wodza Tlingitów, przy tym pobożny, kompetentny i lojalny do końca. Jak już wspomniałem, wszystkie postaci posługują się na co dzień jidysz – książka jest oczywiście napisana po angielsku, jednak roi się w niej od zapożyczeń z tego języka, dla uszu polskiego czytelnika brzmiących zresztą bardzo swojsko. Dodatkową trudność stanowi prowadzona w czasie teraźniejszym narracja, jednak przyzwyczaiłem się do niej i polubiłem już po kilku pierwszych stronach.

Związek żydowskich policjantówKryminalna zagadka, choć stanowi oś fabuły, staje się pretekstem do ukazania skomplikowanych relacji głównych bohaterów. Najważniejsze, decydujące właściwie o rozwoju akcji, stają się relacje ojciec-syn. Detektywa Meyera przesiąknięty poczuciem winy i niespełnionych nadziei związek z nieżyjącym Izydorem Landsmanem, skomplikowana relacja Berko ze stryjem Meyera, Hertzem i ta najtragiczniejsza, Mendela Shpilmana, ćpuna, szachisty, niespełnionej nadziei żydowskiej społeczności, z Heskelem Shpilmanem, - surowym przywódcą ortodoksyjnej sekty. Dodajmy do tego jeszcze tęsknotę głównego bohatera za utraconą miłością swojej byłej żony, Biny Gelbfish, obecnie w roli jego wymagającej przełożonej. Wszystko to podlane charakterystycznym żydowskim humorem – ciepłym, z nutką tragizmu w tle – zarówno w opisie, jak i dialogach bohaterów.

Tymczasem tło, geograficzne i polityczne, na którym poruszają się bohaterowie Chabona, nie nastraja do żartów. Żydowska enklawa na krańcu świata, w byłej rosyjskiej kolonii na Alasce, różni się od wyśnionej Ziemi Obiecanej, jak tylko można sobie wyobrazić. Zamiast oliwnych gajów mamy śnieg, mróz i niedźwiedzie. A także tubylców, niezbyt przychylnym okiem spoglądających na dziwnych przybyszów i ich potomków. W dodatku nowa amerykańska administracja postanowiła zbić kapitał polityczny na dopilnowaniu, aby tymczasowy status żydowskiej autonomii nie uległ przedłużeniu. Dni mówiących w jidysz osadników są już policzone, zbliża się przesilenie, a atmosferę niepewności potęgują mnożące się dziwne wydarzenia, sugerujące, w zależności od interpretacji, albo zbliżający się koniec świata, albo nadejście długo wyczekiwanego mesjasza. Mieszkańcy Sitki szykują się już do kolejnej tułaczki, a świat nie czeka na nich bynajmniej z otwartymi ramionami. O tym świecie nie dowiemy się jednak zbyt wiele - Chabon nie maluje szczegółowej wizji swojej alternatywnej rzeczywistości, ograniczając się do podrzucania aluzji i pojedynczych faktów, jak np. wzmianki o bombie atomowej, zrzuconej na Berlin, lub przemyconych tu i tam znajmo brzmiących nazwisk polityków czy aktorów.


W tej atmosferze niepewności, unikający myślenia o własnej przyszłości detektyw Landsman prze uparcie ku rozwiązaniu kryminalnej zagadki, z pracą wiążąc swoją ostatnią szansę na przetrwanie i zachowanie człowieczeństwa. Nie jest aż tak przesiąknięty cynizmem jak Philip Marlowe, dręczy go nieustające poczucie winy, ale nie jest sam, zawsze może liczyć na pomoc swoich najbliższych, którzy gotowi są poświęcić bardzo wiele, aby po raz kolejny wyciągnąć go z bagna.Jest jeszcze jeden wymiar tej książki, o którym chciałbym na koniec wspomnieć, a mianowicie szachy. Dla mnie, od dzieciństwa jakoś tam związanego z królewską grą, lektura Yiddish Policemen’s Union stała się bardzo osobistym doświadczeniem. Lasker, Tatarkower, Nimzowitsch – przywoływane na kartach książki nazwiska wielkich mistrzów szachownicy poruszały i przywoływały wiele wspomnień, dobrych i złych. Bez problemu byłem w stanie zrozumieć mieszankę miłości i nienawiści, odczuwaną przez głównego bohatera w stosunku do tej gry. Ten wątek powieści, oparty podobno na osobistych doświadczeniach Chabona, może kogoś zdziwić – zapewniam jednak, że nie ma w nim cienia przesady.

Więc czytać. Obowiązkowo. I dzielić ze mną radochę.


Michael Chabon, Yiddish Policemen’s Union, Wyd. Harper Perennial, London 2008; Michael Chabon, Związek żydowskich policjantów, tł. B. Kopeć-Umiastowska, Wyd. WAB, 2009

poniedziałek, 25 maja 2009

Ogrody Księżyca, czyli Czarna Kompania wiecznie żywa

Nie wiem, jak to się stało, ale dopiero niedawno trafił do mnie egzemplarz powieści, otwierającej jeden z najsłynniejszych cykli fantasy ostatniego dziesięciolecia. Oczywiście byłem w pełni świadomy jego istnienia, ogólnego zachwytu czytelników, a także rozgrzewających internetowe łącza sporów fanów w temacie wyższości Eriksona nad Cookiem. I vice versa. Jeśli chodzi o moje stanowisko w tej sprawie, wszystko wyjaśnia tytuł tej notki.

Od razu tłumaczę: Erikson rzeczywiście zrzynał na potęgę. Jeśli chodzi o fabułę, Ogrody Księżyca to praktycznie powtórzona historia Czarnej Kompanii, nieco tylko zmieniona. Jednak dla mnie, niemal bezkrytycznego miłośnika pisaniny Glena Cooka, nie stanowi to żadnego problemu. Wręcz przeciwnie, jeżeli facet pisze to samo i to jeszcze w podobnym stylu, tym lepiej dla niego. Sam bym tak chciał. Poza tym, Erikson nigdy nie ukrywał źródeł inspiracji, a po lekturze Ogrodów Księżyca wiem już wreszcie, skąd z kolei czerpał pomysły Cook na potrzeby swojej Tyranii Nocy

Oczywiście Ogrody… to nie jest po prostu kolejna historia o grupie żołnierzy, wykorzystanych i zdradzonych przez swych mocodawców, którzy spotykają na swej drodze tajemniczą dziewczynę i razem muszą przetrwać ciężkie czasy, żeby w końcu wziąć sprawiedliwy odwet. Erikson stworzył niezwykle oryginalny, wiarygodny świat, zaludniony przez ludzi, inne myślące rasy i nawiedzany przez całą plejadę bogów (starych, młodych, władających mocą ascendentów). Nie jest to miejsce, w którym ateiści czuliby się swobodnie, bo jakiś złośliwy bóg mógłby kopnąć ich w zadek na środku ulicy, albo przynajmniej nawiedzić we śnie i przemówić do rozsądku. Jeszcze ciekawsze są zasady funkcjonowania magii i całego świata czarów, ale nie będę tu zdradzał za wiele – może znajdzie się gdzieś jeszcze jeden miłośnik fantastyki, który Malazańskiej Księgi Poległych nie czytał.

Mamy więc pasjonującą fabułę, niezwykle oryginalny świat, do tego trzeba koniecznie dodać całe mnóstwo różnorodnych postaci. Od wodzów armii, kształtujących swymi decyzjami granice imperium, po zwykłych ludzi, przypadkiem wkręconych w tryby dziejowych machin. Tu pojawia się pierwszy mankament książki – większość charakterów razi schematyzmem, tylko w nielicznych przypadkach udało się Eriksonowi nadać im więcej głębi i psychologicznej wiarygodności. W rezultacie fabuła staje się przewidywalna i z góry wiemy, kto zachowa się przyzwoicie, a kto nie sprosta oczekiwaniom, kiedy nadejdzie godzina próby. Jak przystało na tak monumentalne dzieło, wszystkich bohaterów, początkowo rozsianych po całym świecie, poznajemy stopniowo w kolejnych rozdziałach powieści, żeby potem ujrzeć ich razem w niezwykle emocjonującym finale, kiedy akcja nabiera naprawdę szalonego tempa. Jak dla mnie, nawet zbyt szalonego. Nierówne tempo akcji to zresztą kolejna z tych rzeczy, co prawda nielicznych, które mnie w trakcie lektury irytowały. Także wspomniane wyżej bogactwo wątków i postaci może być męczące, ale prawdopodobnie znajduje uzasadnienie w kolejnych tomach cyklu. Na szczęście lekki styl Eriksona, z przewagą dialogów, oszczędnymi acz barwnymi opisami, sprawia, że kolejne strony połykamy bezboleśnie, a apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Oczywiście jestem świadomy niemal powszechnej opinii, że Ogrody Księżyca to najsłabsza część cyklu. Postaram się to w zweryfikować, tym razem spróbuję jednak zdobyć oryginał, żeby się przekonać, jak wiele malazańskie opowieści tracą na tłumaczeniu.
 
Steven Erikson, Ogrody Księżyca, tł. M. Jakuszewski, Wyd. MAG, 2000

czwartek, 14 maja 2009

Wpuść mnie

Postanowiłem publikować na tym blogu swoje opinie na temat przeczytanych książek. Przyczyną całego zamieszania stała się lektura wydanej w ubiegłym roku przez Amber powieści Wpuść mnie Johna Ajvide Lindqvista. Ten szwedzki bestseller zyskał już światowy rozgłos, doczekał się także bardzo udanej ekranizacji w reżyserii Tomasa Alfredsona i znacznie gorszego amerykańskiego remake'u.

Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z horrorem, jeszcze jedną historią o wampirach, tak sugerowałby też krótki opis na okładce. Fani pani Meyer mogą się jednak srodze zawieść, gdyż Wpuść mnie to mocno psychologizująca, realistyczna opowieść o dorastaniu i relacjach międzyludzkich.

Szufladkowanie zostawmy jednak na boku. Dawno nie czytałem tak mocno dołującej książki. Lindqvist, przy użyciu bardzo oszczędnych środków, brutalnie rozprawia się z mitem szwedzkiego modelu państwa opiekuńczego. Oglądana oczyma jego bohaterów Szwecja początku lat 80-tych to kraj wszechobecnej beznadziei, zamieszkany przez ludzi żyjących z dnia na dzień, oderwanych od przeszłości, nie myślących o przyszłości. Ludzi miotających się w bezowocnych próbach nadaniu swej egzystencji jakiegokolwiek sensu, przytłoczonych strachem przed radziecką inwazją, z nieśmiertelnikami pochowanymi w szufladach na wypadek wojny. W ten ponury, pełen hipokryzji, przemocy i alkoholu świat sztokholmskiego przedmieścia wkracza nagle złakniony krwi potwór, uruchamiając ciąg zdarzeń, zmierzających nieubłaganie w kierunku ostatecznej katastrofy.

Główną oś fabuły stanowi tworząca się stopniowo więź pomiędzy nastoletnim bohaterem a mieszkającym po sąsiedzku potworem-dzieckiem-wampirem. Jednak nic nie jest tu proste i jednoznaczne – niespełna dwunastoletni Oskar musi dokonywać życiowych wyborów, mając świadomość, że żaden z nich nie przyniesie dobrych skutków. Tragizm postaci Eli wynika wprost z jej natury. Dobrze obrazuje to padająca w książce odpowiedź na pytanie dlaczego nie ma wielu wampirów – ponieważ większość odbiera sobie życie. I Lindqvist każe nam wierzyć, iż rzeczywiście tak jest.

Powieść nie jest oczywiście pozbawiona wad. Odnoszę wrażenie, że autor często niepotrzebnie epatuje makabrą, moje poczucie estetyki razi też naturalistycznie przedstawiona pedofilska relacja pomiędzy Eli a jej „ojcem”. To trochę tak, jakby Lindqvist nie mógł się do końca zdecydować, czy pisze klasyczny horror, czy powieść psychologiczną. Niech was to jednak nie zniechęci – jeżeli w ogóle istnieje coś takiego jak egzystencjalny horror, to Wpuść mnie jest jego mistrzowskim przykładem.

John Ajvide Lindqvist, Wpuść mnie, tł. E. Frątczak-Nowotny, Wyd. Amber, Warszawa 2008